Przeczytajcie sami!

ksiazeta-highwayu-b-iext23241486Z prawdziwą przyjemnością zawiadamiamy, że nakładem poznańskiego Wydawnictwa Zysk i S-ka ukazała się książka naszego redakcyjnego kolegi Marcina Baranieckiego pt. Książęta highwayu.

Od wielu lat drukowaliśmy ją w odcinkach w kolejnych numerach naszego magazynu. Koniec wieńczy dzieło! Mamy już ją wydaną w formie książkowej. Można ją kupować na internecie na stronie www.empik.com Wystarczy wpisać nazwisko autora  – Marcin Baraniecki.

Ta książka jest naprawdę unikalna, bo jako pierwsza opowiada o naszym polonijnym truckingu i zawodowych kierowcach, którzy po przyjeździe do Kanady stawiali w tym zawodzie pierwsze kroki.

Początki nigdy nie są łatwe, ale mogą być fascynujące! Tak właśnie było! Nowy świat, nowy zawód, nieznane warunki i wymagania. Ten początkowy, rekrucki okres był ciężki. Kto padł, ten padł, ale kto przetrwał, ten przyrastał do zawodu, do tradycji i w ogóle do świata kanadyjskiego truckingu. Pewnie, że nie było łatwo, ale nikt nie zaprzeczy, że było warto!

Być może wielu z Was ujrzy w tej książce siebie. Może przypomni się jakaś trasa, kolega, znajome nazwisko? Cokolwiek by powiedzieć, to jest przecież książka o nas!

 

Oto jej fragment:

Boczny wiatr uderzył w nich nagle, bez ostrzeżenia. Byli w Yellowhead Route tuż przed Kandaharem. Po prawej mieli ogromne jezioro Quill, a po lewej prerie, prerie i jeszcze raz prerie. Pierwsze uderzenie targnęło ciężkim truckiem z taką łatwością, jakby był zupełnie pusty. To chyba gdzieś tu, albo bardzo blisko, parę miesięcy wcześniej Władziu i Brian walczyli w ciemną, śnieżną noc o swoje życie. To właśnie wtedy – według późniejszych relacji Władzia – Brian wyrwał go śmierci.

W ułamku sekundy potężne szarpnięcie wyrwało kierownicę z Antkowych rąk. Truck zatoczył się po pustej szosie jak pijak, który wracając do domu wykorzystuje całą szerokość ulicy. Przez małą chwilkę wydawało się, że się wywróci, ale to była tylko chwilka, a potem wóz wrócił na swój pas. Z wiatrem nic nie wiadomo. Nie wiadomo, czy lepiej jechać wolniej czy szybciej, nie wiadomo, czy stanąć czy hamować. Nic nie wiadomo! Wiadomo tylko to, co powiedział stary trucker, z którym rozmawiałem o jego strachach: trzeba być przygotowanym!

Na domiar złego zerwała się zadymka, która sprawiała wrażenie, że truck jedzie w wodzie, a nie po twardej drodze. Tumany drobniuteńkiego śniegu przewalały się przez szosę jak mleczne fale i pokrywały asfalt nierównomiernymi półkolami malutkich zasp. Trudno je zresztą było nazwać zaspami. Wyglądały tak jakby ktoś rzucił śnieżką nisko nad ziemią – tak jak puszcza się płaskim kamieniem kaczki po wodzie. Śnieżka rozbija się na asfalcie i pozostawia półkolisty ślad.

Antek zaciskał ręce na kierownicy, ale Matt zwrócił mu spokojnie uwagę:

– Zrelaksuj się! Sorry, że ci o tym mówię, ale czasem można zapomnieć – trzymaj kciuki razem z palcami, a nie przeciwstawnie, bo przy takim wietrze kierownica może ci je wyłamać.

Poza tym Matt był dość obojętny. Jego indiańska twarz nie zdradzała żadnych specjalnych emocji. Od Winnipegu spał jak suseł i obudził się dopiero przy wietrze. Droga ciągnęła się, jakby była bez końca i bez początku. Antkowi wydawało się, że stoją w miejscu, i znowu przypomniał sobie Władzia Sołotwinowa i jego opowiadanie o podróży do Hay River. Jechał tą samą trasą aż do Valleyview w Albercie. W Valleyview drogi się rozchodzą: jedna – ta Władziowa – idzie na Peace River, a potem jako MacKenzie Highway ciągnie się aż do granicy Alberty i Northwest Territories, a druga – ta, którą jechał Antek – dochodzi do Dawson Creek i wtapia się w słynną autostradę Alaska Highway, która idzie daleko, daleko na północ. Władziu opowiadał, że tam na preriach – w czasie śnieżnej zamieci i zapadającego zmroku – miał uczucie stania w miejscu, jakby droga i czas przestały spełniać swoje zadania. To, że Władziu i Brian wyszli z tych tarapatów obronną ręką nie przesądzało niczego, bo każda sytuacja jest przecież inna, ale Antek miał dwie wspaniałe rękojmie, które upewniały go w wierze, że dojedzie szczęśliwie. Jedną była Grażyna i jej nieustanna ufność w niego, a drugą Matt, którego obecność dawała dziwną pewność i spokój.

W Fort Nelson poszli na śniadanie. Antek zobaczył wspaniałe Rockies, kawał pięknego kraju i był jak pijany. Nie to, żeby nie widział wcześniej gór i północnej przyrody, ale ta majestatyczna sceneria, przez którą jechali z Dawson Creek, zrobiła na nim ogromne wrażenie. “Muszę tus przyjechaś z Grażyną” – obiecywał sobie w duchu.

Do Cosmaq – tej kopalni złota, do której jechali, mieli jeszcze dobry kawałek drogi, ale nie musieli się śpieszyć, bo Matt zadzwonił do Karla i uprzedził, o której przyjadą. Usiedli przy stole. Kelnerka bez jednego słowa nalała duże kubki kawy i dopiero potem uśmiechnęła się ciepło:
– No jak tam na drodze, chłopcy? Jak pogoda?

– Głodni jesteśmy – Matt odpowiedział uśmiechem.

– To co? Może pancakes z maple syrup? Albo jajka?

– Mogą byś pancakes. Byle duże i dużo!

– Zobaczycie, że będą wam smakować!

– Ten Karl, którego poznasz w kopalni, to ciekawy facet – zaczął Matt. – Wtedy, gdy Hydro rozsprzedawało sprzęt i wszystko to, co im zbywało, Karl był pierwszym, który przyjechał do Abitibi Canyon na aukcję. Wybrał to, co chciał i przebił cenę. Nasze przewozy opłaca Hydro, ale w Cosmaq Karl w zakresie transportu podejmuje wiążące decyzje. Karl jest tym, który decyduje. Pamiętaj o tym. Jadę z tobą, żeby dograć sprawę ładunków powrotnych, a wtedy naprawdę będziesz zarabiał dobre pieniądze. I ty, i wszyscy kierowcy. Lepiej ci będzie jeździć jako broker i – jak wiesz – ten kenworth, którym jedziemy, jest do wyleasowania, ale śpieszyć się nie musisz. Zobaczysz, jak ci ta robota będzie leżeć, a potem podejmiesz decyzję. Już wtedy pod Terrace River wiedziałem, że masz nerw do jazdy, ale teraz wiem jeszcze lepiej!

Antek rósł! Następnego dnia rano przyjechali do Cosmaq. Kopalnia leżała w lesie, ale dojazd był dobry i wszędzie widać było ład i porządek. Antek cofnął do doku, włączył hamulce, wysiadł, podłożył blokady i poszedł za Mattem do biura. Biuro było puste. Parę foteli, ładne szafki z eksponatami złotych samorodków, na ścianie wypchany łeb niedźwiedzia i parę ogromnych, specjalnie spreparowanych ryb. Usiedli w fotelach, ale nie czekali długo, bo w chwilę potem dały się słyszeć ciężkie kroki i tubalny, bulgoczący głos.

– Hallo, gentlemen! Witam Ontario! Jak tam podróż?…

W tej samej chwili wchodzący mężczyzna zobaczył odwracającego się Antka i nagle zaniemówił, zbladł straszliwie i z jakimś ogromnym lękiem w oczach cofnął się parę kroków.
– Nein, nein – wyszeptał.

Antek stał nieruchomo, nie wiedząc, co powiedzieć. Matt wstał z fotela i szybkim ruchem zbliżył się do mężczyzny.
– Co się stało, Karl? Are you all right?

A Karl cofnął się jeszcze parę kroków i wyszedł z biura…

Leave a Reply

*