AUSTRALIA – Tam, gdzie się kończy horyzont

Nad Ziemią Południową – Terra Australis – czuwa Królowa Brytyjska i mityczni aborygeńscy przodkowie Mala (kangur) i Liru (wąż). Najmniejszy kontynent naszego globu i szóste co do wielkości państwo świata zbudowane przez wielokulturowe społeczeństwo emigrantów, leży nie tylko na końcu świata, ale i na krańcu podróżniczej wyobraźni wielu z nas. Lecąc do Sydney w listopadzie zeszłego roku, sama nie wiedziałam czego się spodziewać. Australia wydawała mi się przereklamowana, nazbyt brytyjska, przewidywalna i mało egzotyczna. Dziś wiemy oboje z Pawłem, że z całą pewnością, tam będzie kiedyś  nasz następny dom.

1092Sydney, położone nad zatoką Port Jackson na rozległych wzgórzach, przez co porównane jest czasami do San Francisco, ma urok, szyk, klasę i atmosferę, jakiej nie spotka się prawdopodobnie nigdzie na świecie. W portach sennie kołyszą się jachty (co czwarty mieszkaniec Sydney ma własną łajbę), przy plażach o zmierzchu i świcie kręcą się rekiny, szaleńczo kwitną żakarandy.

Zbudowana z piaskowca najstarsza część miasta, w którym historia zaczęła się ledwo 225 lat temu (pierwsza osada w miejscu dzisiejszego Sydney została założona przez Brytyjczyków 26 stycznia 1788 roku) to osobliwa, pełna uroku, mieszkanka starej architektury brytyjskiej i nowoczesnych rozwiązań. Londyńskie budki telefoniczne i antyczne, czerwone skrzynki pocztowe kontrastują ze szkłem biurowców, historyczne puby (z połowy XIX wieku) – Lord Nelson Hotel czy The Hero of Waterloo uwielbiane przez lokalnych piwoszy z nowoczesnymi restauracjami, pełnymi po brzegi eleganckich klientów. To zjawisko najbardziej chyba odróżnia Sydney od wszystkich wielkich miast Ameryki Północnej, a nawet i Europy – wieczorami (głównie w weekendy) potężny tłum Sydnejczyków wylega na ulice miasta w wielkim stylu – brak tu amerykańskiej niedbałości i bylejakości – dziewczyny wystrojone, panowie w marynarkach, wypastowanych butach, rozsiewający zapachy drogich wód kolońskich – wszyscy z jakąś taką, naturalną, niewymuszoną swobodą, uśmiechem, bez pompy, bez zadęcia… tak jakby duża dawka słońca, wody i wiatru dawała im permanentne poczucie wolności i luzu.

Poza miastem zaczyna się inny świat – czystą przyjemnością jest obcowanie z australijską fauną –  zupełnie zamotane misie koala, różne odmiany kangurów, strusie,  wombaty, wallabies, oposy i jeden, samotny krokodyl, który nikogo nie lubi (do tego stopnia, że pożarł dwie swoje potencjalne partnerki) mieszkają w Featherdale Wildlife Centre, na trasie prowadzącej w Góry Niebieskie do słynnych Trzech Sióstr.

Kangur i struś to dwa najbardziej popularne zwierzęta Australii, które umieszczone zostały na przeciwko siebie na godle kraju ze względu na pewne wspólne, bardzo symboliczne cechy. Tak kangur jak i struś potrafią odwracając głowę do tyłu i nadal bez problemu biec do przodu, żadne z nich jednak nie potrafi poruszać się wstecz. Mówi się, że Australia, jak kangur i struś – patrzy wstecz, ale biegnie zawsze do przodu.

W Melbourne jest o dwadzieścia stopni C. chłodniej niż w Sydney. Bardziej niż zimno zaskakuje mnie architektoniczny eklektyzm. Każdy budynek wydaje się być z innej artystycznej kuźni, innego okresu, stylu, budulca, z innej warstwy wyobraźni. Cały ten pozorny chaos wspaniale ze sobą współgra. Centrum miasta – kompaktowe, trochę europejskie – pozwala na przyjemny spaceruliczkami rozciągającymi się między stacją kolejową a historycznym budynkiem poczty przez piękne, handlowe arkady, wzdłuż kawiarni, przytulnych restauracji, aż do zaułka, w którym stworzono jedyną na świecie, ogromną, czasową wystawę graffiti. Miejscowi artyści co jakiś czas zamalowują wszystkie ściany i tworzą od nowa.  Po mieście kursuje darmowy, turystyczny tramwaj, z nadawanym przez głośniki komentarzem przewodnika. Pachnie nowoczesnością, otwartością i artyzmem. Może tu? Jest taniej niż w Sydney. Jakoś odżałowałabym może morze. Australia niestety, głównie w wymiarze turystycznym, choć i codzienność lubi zaskakiwać, jest absurdalnie droga. Od małej butelki wody za 4$, przez t-shirt za 40$, po domy wartości kilkudziesięciu milionów dolarów. Tyle, że zarobki są tu inne niż nasze, więc mieszkańców ceny nie bolą tak dotkliwie, jak podróżników.

Wzdłuż Great Ocean Road, w okolicach Parku Narodowego Campbell, rosną tylko niskie krzaki i krzewinki, ostre trawy i skalne porosty. Dwunastu Apostołów (w rzeczywistości dziewięciu, bo resztę zjadł Ocean) i Razorback , należą do jednej z największych geologicznych, krajobrazowych i turystycznych atrakcji stanu Victoria. Przy słonecznej pogodzie ocean nabiera głęboko lazurowej barwy, która pięknie kontrastuje z piaskowym odcieniem skał. Chyba jednak w Gold Coast po raz pierwszy dopadła mnie myśl o nieokreślonej w czasie i przestrzeni, potencjalnej przeprowadzce do Australii. O szóstej słońce grzało już całkiem mocno – z hotelu, prosto przez mączny, wytrawiony z żółci piasek, pobiegłam w fale. Nic nie stawia na nogi lepiej niż porządny łyk diabelnie słonej wody, którą nie trudno się zachłysnąć, kiedy kolejny morski bałwan przetacza się nad głową. Gold Coast, raj surferów, ma stuprocentowo wakacyjny klimat – dziesiątki młodych ludzi wskakuje codzienne na deski i śmiga po falach.Na koniec trafiłam jeszcze do świata bez fleszy, bez kolejek, bez szwargotu różnych języków i dialektów, świata bez biletów wstępu. Są na Ziemi miejsca, gdzie jest tak cicho, że usłyszeć możesz własny oddech i subtelne chrobotanie, które zapowiada ogromną, zielono-fioletową, psychodelicznie neonową, głodną rybę, skubiącą rafę. O Wielkiej Rafie Koralowej słyszałam tyle dobrego, co złego – że jest przepiękna i że jest zupełnie zniszczona, że ma kolory tęczy i że drażni oko szarością, że pełno w niej życia i że dawno umarła. Prawda taka, że wszystko zależy od tego z kim i gdzie płyniesz. Rafa żyje. Ma obłędne kolory i setki tęczowych ryb,  małe rekiny, płaszczki w błękitne cętki, ogromne żółwie i specyficzną ciszę, jakiej nie ma żadne inne miejsce na świecie. Po dziewięciu dniach w Australii i – jakby nie było – bardzo powierzchownym liźnięciu jej natury doszłam do wniosku, że to idealny kraj na emeryturę dla milionerów :-). Teraz tylko wygrać w Lotto i w drogę!

IMG_1445

DSC_0264

Leave a Reply

*