Wyspy Szczęśliwe

Na świecie jest podobno 180,497 wysp. Tropikalne, wulkaniczne, jałowe, skute lodem, owiane złą sławą, zamieszkiwane przez gigantyczne żółwie, jadowite węże, smoki i legendarne trolle. Do wielu z nich dobijają tylko samotne żaglówki poszukiwaczy przygód, setek nigdy nie naznaczył ślad ludzkiej stopy, dziesiątki trafiły w prywatne ręce najbogatszych mieszkańców Ziemi. Nie sposób za jednego życia dotrzeć do wszystkich, ale nietrudno znaleźć swoje ulubione, magiczne Wyspy Szczęśliwe i choć na chwilę zostać prawdziwym Wyspiarzem.  

Bali (16)

To nie była miłość od pierwszego wejrzenia. Pierwsze wrażenie było, rzec by wręcz można – fatalne. Koniec grudnia, koniec pory deszczowej, na plażach, które w katalogu wyglądały jak skrawek raju, góry śmieci naniesionych z głębi wyspy przez wezbrane rzeki. W centrum tłumy naćpanych australijskich nastolatków, muzyczne eksplozje z kolejnych mijanych barów, w których podają irish coffee bez whiskey licząc na smakową impotencję klinetów, za progiem kolejny Nowy Rok. A jednak Bali wykradło mi serce – kawałek po kawałku. Właściwie już po pierwszych trzech dniach wyspa znalazła się na mojej prywatnej liście: miejsc, do których chciałabym wrócić, gdzieś między Japonią, Nepalem i Brazylią. Bo jakże się tu nie zakochać w wyspie, gdzie żaden budynek nie może być wyższy niż palma kokosowa, czarne dachy przynależne są wyłącznie świątyniom, wiara w sekretne numery, mikro i makro kosmos oraz karmę jest niezwykle silna, nie istnieją ograniczenia prędkości na drogach, a autochtoni chodzą z sercem na dłoni? Jakże nie zakochać się w miejscu, gdzie ludzie żyją życiem prostym a szczęśliwym, a przy tym są wyjątkowo uzdolnieni plastycznie – wykonują przepiękne (słynne na całym świecie) balijskie rzeźby i kunsztowne meble, batiki, obrazy i ozdoby ze srebra. Wyspa zachwyca bogactwem roślinności, uprzejmością mieszkanców i niezwykle oryginalnym pięknem tutejszych świątyń.

Balijczycy są bardzo rodzinni i przywiązani do swojej wyspy. Mało kto wyjeżdża poza jej obszar, a nawet jeśli za chlebem trafi do Ameryki – zawsze wraca do siebie. Ludzie żyją prosto, hodują ryż, kukurydzę i różne owoce – od pysznych, słodkich rambutanów, przez bardzo tu popularne mangostany po śmierdzące zgnitym jajem duriany. Do loklanych ciekawostek zaliczyć można fakt, że ludzie na Bali nie mają nazwisk. Istnieje system nadawania określonych imion nowonarodzonym dzieciom w zależności od tego czy to pierwszy, drugi, trzeci czy czwarty potomek. I tak pierworodny nazywać się może Wayan, Putu, Gede, lub Ni Luh, drugie dziecko będzie nosiło imię Made, Kadek lub Nengah, trzecie: Nyoman lub Komang, czwarte: Ketut. Jeśli urodzi się piąte – wraca się z powrotem do pierwszej listy imion. To imię – nadawane jako pierwsze – zastępuje tu nazwisko, drugie i trzecie – nadawane według gustu i uznania rodziców dookreśla indywidualność jednostki. Według balijskiego systemu, jako pierworodna córka mogłabym nazywać się Putu Kaja Maria, a Paweł, jako drugie dziecko w rodzinie – Kadek Paweł Piotr.

Do zjawisk równie dziwnych zaliczyć można cmentarz należący do malutkiej wioski leżącej na brzegu jeziora Batur, u stóp wulkanu o tej samej nazwie, gdzie pochówku dokonuje się w dosyć kontrowersyjny, jak na nasze zachodnie normy, sposób. Umałych się tu nie grzebie się w ziemi ani nie kremuje. Zwłoki przykrywa się bawełnianym całunem i składa na gołej ziemi, przynosząc różne ofiary. Po kilku miesiącach, gdy ciało się rozłoży sprząta się kości i robi miejsce dla następnego umrzyka. Tu doczesne szczątki po śmierci tracą jakiekolwiek znaczenie i nikt nie darzy ich żadnym szacunkiem – pełno tu porzuconych piszczeli, fragmentów kręgosłupa, kości miednicym jest też pokaźna kolekcja ludzkich czaszek. Dookoła rosną magiczne drzewa pochłaniające trupi odór. Poza cmentarzem jak okiem sięgnąć rozciągają się potężne połacie piękna – kręte, górzyste drogi, tropikalna, bujna, nasycona życiem i zielenią roślinność, malownicze, tchnące spokojem pola ryżowe, stożki wulkanów, gorące źródła, omszałe głazy Goa Gajach (Jaskini Słonia), strome schody prowadzące do świątyni Besakih, wsparta o ścianę klifu Świątynia Uluwatu, zamieszkała przez towarzyskie, sprytne małpy – złodziejki to miejsce, gdzie gdzie o zachodzie słońca odbywa się pozak tańców kecak. Codzienne wieczorne pokazy to wydarzenie o mocno pierwotnym zabarwieniu, podczas którego nie pojawiają się żadne instrumenty, a muzyka tworzona jest przez tancerzy wydających z siebie dziwaczne, ekstatyczne dźwięki. Po zaspokojeniu duchowych potrzeb dobrze udać się do któregoś salonu spa – zabiegi na bazie lokalnych ziół i relaksujace masaże, podobnie jak bogactwo występujacych na wyspie owoców, są tu wciąż dostępne po śmiesznych cenach.

Z Bali wyjechałam poważnie nienasycona, obiecując sobie w duchu, że kiedyś wrócę na dłużej. I to takie dłużej, które trwa kilka miesięcy. Podobną obietnicę złożyłam samej sobie ponownie kilkanaście dni później, gdy opuszczając filipińską wyspę Boracay poczułam się jakby mnie ktoś wypędzał z raju. Do dziś Boracay jest moją ulubioną, wakacyjną wyspą – tam ocean ma wszystkie odcienie turkusu, plaże ciągną się białymi, piaszczystymi kilometrami, lokalne punkty turystyczne oferują wszelkie wodne rozrywki (przejażdżka na banana boat była kwintesencją wolności, beztroski i dobrej zabawy czyli wszystkiego, czego wymaga się podczas urlopu), a wieczorami nabrzeże zmienia się w jedyną w swoim rodzaju, ogromną restaurację pod gołym niebem. Świeże grillowane morskie potwory, romantycznie zainscenizowane ogródki, ciepły wiatr, spokój. Tu wciąż nie ma jeszcze (na szczęście) drogich resortów all- inclusive, raczej małe, przytulne hoteliki, a po miasteczku najłatwiej poruszać się rikszo-taksówkami, choć właściwie równie dobrze wszędzie dojść można pieszo.

Choć tak Boracay jak i Bali są najbardziej znanymi, wakacyjnymi wyspami swoich państw – Filipin i Indonezji – powrót w te miejsca wydaje się koniecznością. Jeszcze bardziej fascynująco malują się mniej popularne miejsca – Lombok, Komodo, Palawan czy Bohol… Raj, choć może odległy, cenowo może pozytywnie zaskoczyć.

Boracay (8)

 

About the Author
Kaja Cyganik – urodzona w Krakowie chwilę przed wybuchem stanu wojennego dziennikarka, podróżniczka, bloggerka. Czasami poetka – wydała w Polsce trzy tomiki wierszy. Ukończyła dziennikarstwo i komunikację społeczną na UJ. Zamiast bronić magisterkę „Neron artysta czy władca?” na mediateranistyce, wyjechała szukać szczęścia do Dublina. Znalazła je trochę dalej, po drugiej stronie Atlantyku. Mieszka w Kanadzie. Pisze podróżnicze reportaże, felietony, blog i kartki pocztowe do znajomych. Śpiewa i pogrywa na gitarze. Fotografuje. Latem 2014 w Tarnowie odbyła się jej pierwsza wystawa fotograficzna „Dzieci Świata”. Zanim wyjechała w świat pracowała przez siedem lat w TVN w Krakowie, a przez dziesięć współpracowała nieregularnie z TVP Kraków. http://kajacyganik.wix.com/portfolio

Leave a Reply

*