Filipiny – kraj kontrastów. Od klasztoru do Hollywood.

Produkcja ruszyła pełną parą u schyłku II Wojny Światowej. Na przestrzeni lat jeepneys, samochody, które powstały z potrzeby wielofunkcyjności, stały się nie tylko najbardziej popularnym środkiem transportu na Filipinach, ale także symbolem tego kraju. Zaprojektowane przez Leonardo Sarao i sklasyfikowane jako minivany stanowią połączenie jeepa z małą ciężarówką. Pierwsze egzemplarze powstawały z porzuconych przez armię amerykańskę wojskowych jeepów Willys i Ford. Te współczesne, budowane z japońskich podzespołów to zupełnie niebywałe dzieło sztuki.

DSC_0479

 

Jeepneys nigdy nie jeżdżą puste, przypominają raczej kolorowe, kiczowate puszki filipińskich sardynek. Sama nazwa wskazuje na ścisk i tłok – powstać miała ze zlepku słów jeep and knee, gdyż od samego początku pakowano w ciężarówki tyle osób, ile mogły pomieścić, biorąc pod uwagę jako „wolne miejsce” także kolana siedzących na przeciwko siebie współpasażerów. Do Jeepney wskakuje się z tyłu, co pozwala na szybką i sprawną wymianę pasażerów i choć podróż tym środkiem transportu nie należy do wygodnych jest bezdyskusyjnie najtańsza, a to na Filipinach wystarczający argument. Dla nas, przybyszy z daleka, obcych ze świata supernowoczesnych samochodów, ultraszybkich pociągów i błyszczących samolotów przejażdżka jeepney to po prostu przygoda. Jedziemy więc ­poszukać prawdziwego życia, tego, które toczy się zdala wielkich miast i zadeptanych ścieżek. Na wyspie Mindoro udaje nam się zobaczyć coś autentycznego – codzienność górskich wiosek. Domy to zazwyczaj sklecone z desek, liści palmowych i bambusa chatki, bez okien, drzwi, z klepiskiem zamiast podłogi. Nie ma płotów, zamków i alarmów. Nie ma złodziei bo nie ma co ukraść. Kilka kur, dwie świnie i mnóstwo pięknych, dorodnych kogutów, które każdego ranka niemiłosiernie się wydzierają. Strzeliste plamy kokosowe, kawa, kakaowce, papaje, mango, limonki, gujawy, nieprzebrana, soczyście zielona ściana dżungli za każdą mijaną wioską. Z każdego okna bez szyby, zza każdej prowizorycznej  firanki, z każdego ogródka – szeroki uśmiech, przyjazne machania dłonią. Straszna tu bieda –  mówimy, tak jakby ciężko było nam przyznać – ile tu szczęścia. W wiosce rdzennej ludności Mangyan, obserwując obdarte, umorusane dzieci wyciągające łapczywie rączki po słodycze, które zachęcani przez przewodnika próbujemy rozdawać, jedynym co mogę zrobić by zupełnie się nie rozkleić, to schować się za lufą Nikona i trzaskać kolejne zdjęcia. Skąd w tak małej wiosce tyle dzieci? Chwilę wcześniej, kiedy wracaliśmy po kąpieli w wodospadach, z miejsca znawego laguną, ktoś opowiadał, że tu niektóre rodziny mają nawet po szesnaścioro dzieci. Że troje to naprawdę mało.

Po Amerykanach obok porzuconych jeepów na Filipinach zostały porzucune bazy wojskowe, hangary, lotnisko (dziś służące jako cywilne choć na takie nie wyglądające) i tęskne spojrzenia czarnych, lekko skośnych oczu. Smutne są nocne kluby w Clark. Dziewczyn czekających na białasów z wypchanymi portfelami, którzy na kilka dni wróżą lepszy byt ich malutkim dzieciom, jest ogrom. Nie tańczą jak Rosjanki i Ukrainki w torontońskich klubach go-go, nie robią striptizu ani magicznych sztuczek, w których przodują Tajki w Bangkoku. Filipinki w Clark stoją w skąpych strojach kąpielowych, smętnie poruszając biodrami, smutne, czekające na Dolarowego Księcia w Potrzebie. Do spółkowania z podtatusiałymi Książętami (to ci z kategorii: „znowu w życiu mi nie wyszło”) zmusza je najczęściej bieda – dla własnej rodziny są w stanie zrobić bardzo dużo. Rodzina na Filipinach znaczy wszystko. Już w centrum handlowym rzuca się to wyraźnie w oczy. Oprócz butików, sklepów i stoisk mnóstwo jest mini placów zabaw dla dzieci – kąciki plastyczne, huśtawki, trampoliny, zamki i baseny z piłeczkami, a nawet jeżdżąca po całym centrum kolorowa ciuchcia. Nie bez powodu w Toronto filipińskie nanie mają świetną opinię – tu dzieci ma się wcześnie i sporo.

Najbardziej osobliwy czas na Filipinach to okres wielkanocny. Już o 4:30 rano niektóre ulice Manili są pełne ludzi. Nocne czuwanie wielkopiątkowe odbywa się na chodnikach, krawężnikach, jezdniach i schodach. O 6:00 am pojawiają się pierwsi biczownicy. Idą wolnym krokiem, z czarnymi workami na głowach, z krwistymi plecami, miarowo okładając się drewnianymi  szczotami. Z upływem dnia robi się tylko gęściej, goręcej i bardziej czerwono. Filipińską Golgota znajduje się w W San Pedro de Cutut, nieopodal Angeles City, miasta upadłych aniołów i klubów go-go. Mijają nas kolejne grupy biczowników, krew chlapie na prawo i lewo.  Właśnie po raz dwudziesty ósmy ukrzyżowano tego samego Chrystusa. Ruben Enaje ma 54 lata i rolę Jezusa odegrał pierwszy raz po tym, jak przeżył upadek z wysokości trzeciego piętra z billboardu rekalmowego w 1986 roku. Nie ma dziur na wylot w dłoniach, choć co roku przybijają go do krzyża. Widziałam, bo udało mi się jakimś psim swędem dostać na platformę policyjną, z której dwóch funkcjonariuszy patrolowało drogę krzyżową. Morze kolorowych parasoli chroniących przed jadowitym słońcem. Tysiące aparatów fotograficznych, kamer, specjalny sektor dla mediów i supernowoczesne filmujące wszystko z góry drony. Z mojej perspektywy w tle krzyży widać było zaparkowane w trzech rzędach, błyszczące w słońcu samochody – niezwykła alegoria współczeności. Obrzędy wielkopiątkowe kończą się około trzeciej po południu, bo po Rubenie krzyżują jeszcze dwóch innych Jezusów, a biczownicy ulicami Angeles City chodzą do późnych popołudniowych godzin, kiedy zastępują ich filipińskie anielice na Fields Avenue. Jest to chyba największy kontrast, jaki do tej pory udało mi się zobaczyć – pokuta, dewocja i fanatyczna wiara idąca ramię w ramię z lokalnym kurestwem. Mówią, że Filipińczycy spędzili 400 lat w klasztorze, a potem 50 lat w Hollywood.

Boracay to moja najbardziej ulubiona wyspa na świecie. Ten piasek, ten turkus i szmaragd, bryza, te wieczory gdy nabrzeże zmienia się w jedyną w swoim rodzaju, ogromną restaurację pod gołym niebem. Świeże grillowane morskie potwory, romantycznie zainscenizowane ogródki, ciepły wiatr, spokój. Tu wciąż nie ma jeszcze (na szczęście) drogich resortów all- inclusive, raczej małe, przytulne hoteliki, a po miasteczku najłatwiej poruszać się rikszo-taksówkami, choć właściwie równie dobrze wszędzie dojść można pieszo. Ale Boracay to tylko jedna z ponad siedmiu tysięcy wysp tworzących Filipiny. A Filipiny to dopiero początek azjatyckich kontrastów.

DSC_0216

Leave a Reply

*