KOLEJ TRANSSYBERYJSKA

DSC_0981Wyprawa przez Wielką Rosję koleją transsyberyjską marzyła się nam od zawsze.  Od czasów handlowania sztanami, żuwaczkami i pomadami, czytania Bułhakova pod ławką na matematyce, nauki bukw, piosenek Okudżawy nuconych przy ognisku. Rosja jawiła się nam jako nieogarniona, bezkresna przestrzeń, której nie da się zamknąć nawet w ośmiu strefach czasowych, której nie da się związać dziewięcioma tysiącami kilometrów szyn i kolejowych podkładów.  Jak się okazało – niewiele się pomyliliśmy. Rosji nie sposów ogarnąć, nie sposób zamknąć jej w słowach.

Pierwsza myśl, która przychodzi mi do głowy gdzieś między Petersburgiem a Nowosybirskiem to monumentalizm. Czy za cara, czy za bolszewika wszystko musiało być ogromne, przestrzenne, wypełniające możliwie najwięcej miejsca. Carskie Sioło, Peterhoff i Ermitaż należą do absolutnej czołówki kiczu w architekturze. Nie jestem nawet pewna gdzie w kanonie piękna można by je umiejscowić. Wrażnie robią te carskie wnętrza niesamowite – kandelabry, przestronne sale balowe, lustra mnożące w nieskończoność złoto dekoracji, kaflowe piece, krucha,  gustowna porcelana, stiuki, mozaki, obrazy, kilimy, meble, a pomiędzy tym całym przepychem prawie namacalny szelest sukni Carycy Katarzyny II, rżenie koni Piotra I, chichot, wirujące w powietrzu drobinki pudru sypiącego się  z peruk… Nowosybirsk – wytwór szalonej wyobraźni sowieckich architektów – to przestrzeń po horyzont wylana betonem, rozcięta plującymi dymem kominami, odrysowana od linijki, surowa, szara, smutna… Jacek Hugo-Bader, mój ulubiony współczesny reportażysta, napisał kiedyś, że „rosyjska dusza jest jak spaniel, nawet jak mu jest wesoło, ma mordę rozpaczliwie smutną”. Coś w tym musi być – w rosyjskiej duszy od zarania dziejów tkwi, obok słonności do ogromu, kiczu i przepychu, głęboki, bezdenny smutek.

Przejazd z Moskwy przez Syberię do Irkucka nad Bajkał – największe jezioro świata – przez Ułan Ude i Ułan Bator do Pekinu trwa pięć dni i dwanaście godzin. W pociągu czas płynie zupełnie inaczej, odmierzają go partie remika, przegryzane kawiorem kieliszki czystej popijanej ze współpasażerami, rozmowy, kolejne strony książek, kolejne stacje, na których babuszki sprzedają wareniki, bliny, zawinięte we wczorajszą gazetę gotowane, gorące ziemniaki, wędzone ryby i orzechy cedrowe. Krajobraz zmienia się jak w kalejdoskopie – postrzępione pasmo Uralu, rozległe niziny, bezkresna, tajemnicza tajga, potężne syberyjskie rzeki, bezludne mongolskie stepy, pustynie i półpustynie po których hula tylko wiatr, niewielkie wioski przycupnięte w dzikich przestrzeniach, buddyjskie klasztory, modlitewne młynki i sypane z boską wręcz cierpliwością mandale Buriacji, ogrom Bajkału. Woda wre w kipiatioku na korytarzu, prowadnice roznoszą czystą pościel, ktoś śpiewa step da step krugom łut’ daljok ljeżyt, w toj stiepi głuchoj zamierzał jamszczik, nisko snują się mgły nad widnokręgiem. Wot cjełaja żizn. To nie jest zwykła podróż zwykłym pociągiem przez zwykły kraj dla zwykłych ludzi. Wyprawa Koleją Transsyberyjską odciska niezmywalne piętno na każdej wrażliwej duszy, pozwala otworzyć się na ludzi, ich spotnaniczność i gościnność, zrozumieć rosyjską mentalność, dotrzeć do warstw własnej jaźni, o których istnieniu nie miało się wcześniej pojęcia.

 

Tym pociągiem mogłabym jechać w nieskończoność, ale niestety, nawet Rosja gdzieś się kończy. Istnieje jakaś ostatnia stacja, jakiś cel podróży, jakieś miejsce, gdzie kończą się tory, milknie stukot i chrzęst. Pierwsze godziny podróży to próba zorganizowania życia na killadziesiąt kolejnych godzin na mikroprzestrzeni – na początku wydaje się, że nie sposób pomieścić bagaży, siatek z prowiantem i samych siebie, ale po jakimś czasie wszystko i wszyscy znajdują swoje miejsce. Syberyjska jesień towarzyszy nam przez ponad pięć tysięcy kilometrów aż nad Bajkał. Czas przestaje być istotny. Pociąg miarowo toczy się po torach. Brzozy, brzozy, rozsypująca się wioska, brzozy, rozsypująca się fabryka, brzozy, trochę iglaków, skrawek przestrzeni, brzozy… ktoś musiał celowo posadzić je w równym rzędzie wzdłuż torów by zasłoniły podróżnym widok – nie tak dawno nawet widoki były przecież zakazane… Okazuje się, że istnieje trzydzieści wykonań besame mucho. Że nawet jak nie ma flaszki, to jakaś się znajdzie. Że babuszka z Charkowa podróżująca do córki do Pekinu wie kto to był Swedenborg, a nie wiedzą tego młode Szwedki. I że na stacjach jest pełno wychudzonych psów.  Że prowadnicę można szybko obłaskawić porządną butelką Crown Royal. I że trzeciego dnia podróży do Irkucka w pociągu poczuć się można jak u siebie. Wysiedliśmy w sercu Syberii o 23:47 czasu moskiewskiego. W rzeczywistości była prawie piąta rano. Przejechaliśmy 5135 km.

Z Bajkałem głównie kojarzył mi się będzie smak wędzonego omula – najlepszej ryby świata. Jesienny zapach brzozowego lasu, niska, drewniana, staroruska zabudowa Irkucka. Mongolia  – z paskudnym Ułan Bator i niezmierzonym stepem, którego bezkres znaczą pojedyncze jurty nomadów i stada półdzikich koni. Klimat Mongolii, skrajnie kontynentalny, należy do tych najbardziej nieprzyjaznych ludziom i zwierzętom –  choć powierzchniowo jest pięć razy większa od Polski – mieszka tu niecałe trzy miliony ludzi. Latem upały sięgają powyżej 30 stopni C, zimą temperatura spada poniżej trzydziestu. Jest sucho. Pada rzadko i mało – tak deszczu jak i śniegu. Wieje. W Parku Narodowym Gorkhi Terelj kończy się jesień.  Śpimy w jurtach, jeździmy konno, wchłaniamy w siebie kolejne połacie przestrzeni. Będą nam bardzo potrzebne – w Pekinie stratują nas pewnie Chińczycy i przytruje miejski smog…

Głód Rosji rośnie w nas z każdym chaustem syberyjskiego powietrza. Wiemy jedno – musimy tu wrócić. Może z drugiej strony, od Władywostoku przez Kamczatkę, może zimą z Moskwy do Irkucka, może na Kołymę… na pewno musi być w tej podróży pociąg, ludzie, zimna baltika, wędzone ryby i ta nieogarniona przestrzeń za oknami.

DSC_0954 mongolia (5) DSC_0920 DSC_0066 DSC_0040

Leave a Reply

*