Madagaskar – wyspa tańczących lemurów


DSC_0629Gdyby nie krytyka prasy, brak zdecydowania, a ostatecznie wybuch II Wojny  – moglibyśmy dziś zamiast kotów hodować lemury, popołudniami wylegiwać się w cieniu ravinali, uprawiać ryż i znać prawdziwy smak ananasów. Magadaskar przez krótką chwilę miał zostać jedynym polskim terytorium zamorskim, skończyło się jednak tylko na marzeniach i bezowocnych dyskusjach. A mogło być tak pięknie…

 W Antananarywie, stolicy Madagaskaru, nie ma Starbucks’a, McDonalds’a i Pizzy Hut. Nie ma Tesco, Biedronki ani Wallmarta. Tana sama w sobie jest jednym wielkim targowiskiem. Nie ma nawet zbyt wielu sklepów w ogólnym tego słowa znaczeniu, tu większość towaru sprzedaje się z rozłożonych na chodniku kramów, naprędce pozbijanych drewnianych stoisk. Jest droga, jest chodnik–targ, są tłumy ludzi lawirujących, z towarem wszelakim. Na głowie nosi się tu wszystko – kosze z bananami, kosze pełne niemarwych gęsi, worki z ryżem. Kiedy nie da się nieść, można pchać – a to rower załadowany pod niebo konstrukcją skrzynek ze świeżymi bagietkami, a to wózek wypakowany workami, na których siedzi dodatkowo kobieta z małym dzieckiem na kolanach. Biedę spotyka się tu na każdym kroku i choć na straganach kupić można praktycznie wszystko, nie wszystkich na te dobra stać – 90 procent ludności Madagaskaru żyje za mniej niż dwa dolary dziennie.

Malgasze, uznawani w dużej większości przez wszystkich mądrych demografów i encyklopedystów za chrześcijan, są w rzeczywistości animistami. Wiara w dusze przodków jest tu tak silna, że wykształcić zdołała zwyczaje trudne do przyswojenia dla przybyszy z innych lądów. Pomimo indoktrynacji religijnej ze strony francuskich (katolicyzm) i brytyjskich (protestantyzm) najeźdźców i kolonizatorów najważniejszym i jedynym bogiem na wyspie jest stwórca Zanahary. Wciąż słychać echo przekazywanych z pokolenia na pokolenie mitów, wciąż, w zależności od fazy księżyca, opinii astrologa (najstarszy z rodu) i intencji składa się krwawe ofiary z zebu czy kurczaków, a grobowce budowane są w bardziej solidny i okazały sposób niż wiekszość malgaskich domów. W malgaskich wierzeniach istotną rolę odgrywa też fady. Fady to swoistego rodzaju przesądy, związane z jakimś tabu, czymś czego robić nie wolno, by uniknąć nieszczęścia i gniewu przodków. Fady znacznie różnią się między plemionami i dotyczyć mogą prantycznie wszystkiego – kolorów, dni tygodnia, codziennych i niecodziennych czynności. Jedno z moich ulubionych fady mówi, że chłopiec, którego ojciec żyje nie może chodzić w butach, a inne, że kobieta w ciąży nie może jeść mózgu. Jakkolwiek dziwne fady może się wydawać, dzięki niemu na przykład lemury są tu powszechnie czczone i chronione. Lemury są zupełnie niezwykłe. Endemiczne dla Magadaskaru i Komorów, występują w prawie stu gatunkach. Żyją w lasach i w parkach, wsuwają liście, skaczą po drzewach, nie boją się zupełnie ludzi, a czasami nawet, tak jak verreaux’s sifaka, tańczą.

Magadaskar jest zieloną wyspą nie tylko ze względu na wszystkie endemiczne gatunki flory i ciągnące się kilometrami ryżowe pola – Madagaskar jest zielony w wymiarze ekologicznym. Nigdzie dotąd nie widziałam tak rozwinietęgo przemysłu wytwórczego opartego o recycling. Garnki z odzyskiwanego aluminium w Ambatolampy to nic przy produkcji minaturowych samochodzików z cynowanej blachy pochodzącej z puszek po przecierze pomidorowym i misternie wykonanych rowerków z drutu, blachy, żyłki, kawałeczków drewna robiących za siodełka i fragmentów przeźroczystych rurek z przeterminowanych zestawów kroplówkowych, świetnie imitujących opony. Miejscem jeszcze bardziej niezwykłym okazało się Atelier Artystyczne, w którym wykonuje się ozdoby i sztukę użytkową z rogów zebu. Atelier, słowo w samym znaczeniu niosące pewną dozę elegancji, w wersji malgaskiej jest drewnianą półbudką krytą blachą falistą, gdzie przy szlifierce wykonanej z silnika od starej pralki, z ostrzem wyciętym z dna beczki na wodę z ręcznie wyrżniętymi ząbkami i szczotką do polerowania ze starych dżinsów produkuje się cuda z rogu, od naszyjników, bransolet i kolczyków, przez kuchenne łyżki do sałat, miseczki, kubki, zestawy domino i kości do gry po piękne rzeźby. Kości odzielone od rogu we wrzątku mieli się na proch i użyźnia nimi ziemię pod uprawy. Nic się nie marnuje. Niczego się nie wyrzuca. Wszystko można powtórnie wykorzystać.

Jest jeszcze pociąg z Fianarantsoa do Manakary, o którym wiadomo tyle, że przyjedzie kiedy przyjedzie i dojedzie, kiedy dojedzie. Nieistniejący rozkład jazdy zakłada, że jednego dnia pociąg pokonuje drogę w tą, a kolejnego w tamtą stronę, z tym, że ostatnio przez dwa miesiące nie jeździł wcale, dopóki nie naprawiono szkód po błotnych osuwiskach wysoko w górach. Kolej zbudowana w latach 1927-36 połączyła górskie wioski z wybrzeżem Oceanu Indyjskiego, rozwinęła i usprawniła handel, z małej, rybackiej Manakary powstało duże, portowe miasto, zaczęły kursować banany, orzeszki ziemne, goździki, wanilia i herbata. Porządne niemieckie tory z 1893 przywieźli Francuzi po I wojnie światowej. Zbudowano 163 kilometry trasy, schodzącej z 1100m n.p.m na 4m n.p.m. przez 67 tuneli, 48 mostów i liczne wioski (niektóre połączone ze światem tylko tymi niemieckimi szynami, zamieszkane przez pięć różnych grup etnicznych: Betsileo, Tanala, Antaimoro, Antaisaka i Antaifasy), które pokonuje się w czasie określanym jako “od siedmiu do siedemnastu godzin”. Prawda jest jednak taka, że kto nie przejechał pociągiem z Fianarantsoa do Manakary nie wie zupełnie nic o podróżowaniu pociągami. Na każdej z piętnastu stacji mijanych po drodze kwitnie handel, a asortyment zmienia się wraz z wysokością – obtargane dzieci o wielkich, smutnych oczach sprzedają ręcznie robione z kawałków liści kartki pocztowe, orzeszki ziemne, gotowane rzeczne raki, ananasy, litchi, mango, jackfruits, pieprz, banany, wodę i piwo nieudolnie udające zimne napoje (w wielu wioskach nie ma elektryczności, czyli brak tu lodówek), smażone w głębokim tłuszczu warzywa a’lla tempura i inne podejrzane lokalne smakołyki, na które nie wystarczyło nam fantazji. To, że pociąg zbliża się na kolejną stację rozpoznać można po wyłaniającej się z tropikalnych zarośli chmarze dzieciaków, które pędem rzucają się na tory goniąc ze śmiechem zwalniający właśnie ostatni wagon. Jest jeszcze coś, co czyni podróż do Manakary zupełnie niezwykłą i niepotarzalną… wystarczy dać maszyniście napiwek, ustalony z góry na kwotę 5000 ariarów od osoby (2,5 $) by od jednej do drugiej stacji przejechać na pomoście na samym czole lokomotywy. Pociąg skrzypi, zgrzyta na zakrętach, turkocze, buja, pędzi z zawrotną szybkością 30 km/h przez tropikalny gąszcz, kilkusetmetrowe tunele, góry porośnięte gęstą, parującą roślinnością, nogi dyndają swobodnie nad wielkimi reflektorami, błękitne ważki w ostatnim momencie unikają czołowego zderzenia, wiatr pieści nagrzaną słońcem skórę, oczy chłoną przestrzenie, wolność dławi w gardle. Przed stacją końcową tory przecinają jeszcze pas startowy na lokalnym lotnisku. Mamy kieszenie pełne pieprzu, kartki z liści od Vetri, Johna i Nicolasa i kolejne opowieści, w które pewnie i tak nikt nam nie uwierzy…

DSC_0869 DSC_1046 (599) DSC_1046 (604)

 

Leave a Reply

*