BAŁKANY – z sercem na dłoni

DSC_0606W ciągu ostatnich lat miałam, podczas wszystkich podróży w miejsca magiczne, niezwykłe, egzotyczne i nowe, jeden podstawowy problem. Kiedy wpada się na krótką chwilę do kolejnych miast i krajów, które pracując w turystyce bardziej się „zalicza” niż rzeczywiście poznaje, nie sposób sięgnąć głębiej niż lukier na wierzchniej warstwie ciasta. Miejsca i ludzie mają tendencję do obrastania legendą. Podróżnicy chcą obcować z tajemnicą, kulturowym misterium, dotknąć czegoś o czym czytali, o czym ktoś im kiedyś opowiedział. Nikt nie bierze pod uwagę prędkości z jaką zmienia się świat. Nikt nie zakłada, że współczesna technologia znajdzie sobie miejsce w amazońskich lasach, nad afrykańskimi rzekami i w skleconych z bambusa chatach indonezyjskich plemion. Chcemy autentyczności, obrzędów i atawizmu w najczystszej formie. I najlepiej gdzieś blisko, przy drodze, żeby nie trzeba było trzy dni przedzierać się przez puszczę, walczyć z komarami, zaduchem i pragnieniem. Prawdziwa dzikość wymaga jednak poświęcenia i determinacji. Przy drodze siedzi tylko turystyczna komercja. Żeby komercji uniknąć, żeby wgryźć się głębiej w tkankę miejsca czy kraju potrzebny jest czas. A czas jak wiadomo – na wagę złota. Marzyła mi się zawsze podróż długa, niespieszna, taka która pozwala zaprzyjaźnić się z babcią sprzedającą na lokalnym targu świeżo wykopany z ogródka czosnek, psy sąsiadów wołać po imieniu, pić poranną kawę w jednej i tej samej, ulubionej kawiarni. Dziś wiem, że sentencja – If you can dream it, you can do it – zawiera w sobie niebezpiecznie dużo prawdy. Trzy miesiące ostatniego  lata spędziliśmy podróżując po Europie. Od Polski począwszy, przez Czechy, Austrię i Węgry dotarliśmy na Bałkany – w region, który na mojej bucket list istniał od czasów, gdy jeszcze na studiach śpiewałam w uniwersyteckim Zespole Pieśni i Tańca „Słowianki”.

Już po kilku dniach po Belgradzie poruszaliśmy się bez mapy i pieszo. Poznaliśmy Gorana, chłopaka z pobliskiego sklepu z alkoholem, gdzie zazwyczaj kupowaliśmy tanie jak barszcz, macedońskie wino. Kiedy  w połowie września nastał czas powrotu dał nam „na drogę” dwie butelki  rakiji, złocistej śliwkowej brandy, którą produkuje się w każdym porządnym serbskim gospodarstwie.  Znalazłam swoją wymarzoną babcię-przekupkę. Miała najlepszy na targu kajmak, niewiele zębów i burzliwą historię Bałkanów wyrzeźbioną na czole przez czas. Uwielbiałam zakupy na tym placu handlowym. Łaziliśmy między stosami pomidorów, piętrzącą się w czerwieni i żółci papryką (słodka na ajwar i maleńka, diabelnie ostra dla podrasowania smaku), aksamitem dojrzałych węgierek, purpurą winogron, między piramidami arbuzów, cebuli i koszami drobnego, perłowego czosnku. Tam urzeka sezonowość i kwitnie życie towarzyskie. Sprzedawcy są mili i zupełnie nienachalni, grają w szachy, chowając się przed palącym słońcem pod blaszane dachy kramów, piją rozpuszczalną kawę z jednorazowych kubków, palą niepoliczalne ilości fajek i prowadzą pełne emocji dyskusje, obserwując kątem oka czy jakiś klient akurat nie potrzebuje ich pomocy.

Nad brzegiem Sawy poznaliśmy Branko – łowił ryby i nie wydawał się specjalnie trzeźwy. Miał pięćdziesiąt siedem lat i nigdy nie miał domu. Całe życie spędził na ulicach. Rozmowa zaczęła się od biało-czarnego zdjęcia, które koniecznie chciał nam pokazać. Jedyne zdjęcie, jakie miał. Na powitanie pocałował mnie w rękę. Mówił wyłącznie po serbsku. Siedzieliśmy na nabrzeżu patrząc w zachodzące słońce, a Branko śpiewał starą, rzewną pieśń. Głos miał pewny, mocny, piękne, głębokie wibrato. W górach Parku Narodowego Tara, w niewielkiej miejscowości Mitrovač, mieszka Alimpije. Jest niskim, lekko podsuszonym jegomościem, ma białe jak gołąb włosy i sumiaste wąsy. Zatrzymaliśmy się u niego w gościnie na trzy dni. Każdy rześki, jesienny poranek zaczynaliśmy od wspólnej kawy, czarnej jak smoła, parzonej po turecku w niewielkim tygielku, i własnej roboty rakiji, która rozgrzewa szybciej, niż przymglone, leniwe słońce. Prowadziliśmy chropowate, rwane rozmowy w w języku będącym mieszanką serbskiego, polskiego, rosyjskiego i migowego. Było już po sezonie, ciszę cięły jedynie mechaniczne piły, bo choć to Park Narodowy, wycinka drzewa idzie do przodu pełną parą. W Parku Narodowym Tara podobało nam się najbardziej, bo w górach zawsze łatwiej znaleźć spokój. Jeździliśmy na rowerach, włóczyliśmy się po lasach, przesiadywaliśmy na skałach i w milczeniu patrząc w przestrzeń. Drina wije się w głębokiej dolinie, miękko rozlewa się w jezioro Peručac, zatrzymuje na tamie elektrowni wodnej i płynie dalej, mieniąc się w słońcu szmaragdem i malachitem. Za najbliższym wzgórzem jest Sarajevo, drugi brzeg Driny to już Bośnia i Hercegowina. Chmury pędzą niebem jak spłoszone konie, wiatr gwiżdże w strzelistych konarach prehistorycznych świerków pancic (picea spruce), świat, który został gdzieś tam daleko w dole, nie ma tak naprawdę zupełnie żadnego znaczenia. Kiedy wyjeżdżaliśmy Alimpije upiekł nam lepinę –  bułę z kajmakiem i mielonym mięsem. Miał łzy w oczach, zapraszał za rok, na dłużej, na ostrężyny, na grzyby, na tę złocistą, gęstą, domową rakiję.

Wybraliśmy się też na kilka dni do Czarnogóry, nad Adriatyk. Trzynaście godzin autokarem bez klimatyzacji, krętą, górską drogą, ponad sześćset kilometrów na południe. W Budvie żar lał się z nieba, pot cieknął nam po plecach, Stare Miasto senne, wyludnione (turyści uprawiają już plażing, a lokalni mieszkańcy wegetują w cieniu nigdy niestygnących murów rozwiązując krzyżówki, czytając gazety i niemrawo, bez przekonania, zamiatając podwórka), kilka młodych, chudych kotów plątało się po zaułkach. Wylegiwaliśmy się na plaży pod parasolem z reklamą czeskiego piwa. Wędrowaliśmy po ruinach Starego Baru, po chaszczach porastających obronne mury Kotoru. W jakimś bardzo ulotnym międzyczasie, w miejscu, gdzie nieskazitelny błękit nieba, pełne soli, palące płuca powietrze i hipnotyczny zapach cyprysów wprowadzają w stan upojnego zmęczenia, uzmysłowiliśmy sobie, że powoli kończy się lato. Siedzieliśmy w cieniu przy wiejskiej drodze, zagryzając kozi ser świeżo marynowanymi oliwkami, przepijając gruszkówką z plastikowej butelki. Lato życia. Magiczne. Spełnione. Takie, po którym zostaną ulubione miejsca, ludzie, rozmowy, pejzaże i tysiące zdjęć.

DSC_0600 DSC_0754 DSC_0807 DSC_0938

About the Author
Kaja Cyganik – urodzona w Krakowie chwilę przed wybuchem stanu wojennego dziennikarka, podróżniczka, bloggerka. Czasami poetka – wydała w Polsce trzy tomiki wierszy. Ukończyła dziennikarstwo i komunikację społeczną na UJ. Zamiast bronić magisterkę „Neron artysta czy władca?” na mediateranistyce, wyjechała szukać szczęścia do Dublina. Znalazła je trochę dalej, po drugiej stronie Atlantyku. Mieszka w Kanadzie. Pisze podróżnicze reportaże, felietony, blog i kartki pocztowe do znajomych. Śpiewa i pogrywa na gitarze. Fotografuje. Latem 2014 w Tarnowie odbyła się jej pierwsza wystawa fotograficzna „Dzieci Świata”. Zanim wyjechała w świat pracowała przez siedem lat w TVN w Krakowie, a przez dziesięć współpracowała nieregularnie z TVP Kraków. http://kajacyganik.wix.com/portfolio

Leave a Reply

*