Pewnego razu na Dzikim Zachodzie…

199720_10151135722693909_188482282_nPrzypuszczam, że wielu z Was zna to uczucie, kiedy z gęstego mroku pustyni wjeżdża się nagle w roziskrzony neonową łuną horyzont Las Vegas. Znacie amerykańskie autostrady, niekończące się suche przestrzenie Południowego Zachodu, czerwień skał i to niezwykłe poczucie wolności, jakie daje droga. Ale czy jadąc z kolejnym ładunkiem do Vegas lub Los Angeles mieliście czas i okazję zboczyć z wytyczonego, asfaltowego szlaku i zajrzeć do któregoś z tutejszych Parków Narodowych? Udało mi się w końcu dotrzeć na mityczny Dziki Zachód, który wbrew moim najśmielszym oczekiwaniom, całkowicie mnie oczarował.

Samolot podchodząc do lądowania przeleciał wzdłuż całego Las Vegas Strip. Było po dwudziestej drugiej i fluorescencyjne światła światowej stolicy hazardu rozjaśniały nieprzebytą ciemność otaczającej ją pustyni. Z lotu ptaka miasto wyglądało tak, jakby przez pomyłkę ktoś utopił je w tej czerni. Zasnęłam nad ranem bogatsza o pięć dolarów wygranych w pokera przy piwie, w kasynie o znamiennej nazwie Excalibur. Nigdy nie przestanie mnie zadziwiać co z wyobraźnią człowieka zrobić może miłość do mamony – kasyna, przepiękne hotele, nieustający ruch, neonowy, rozgrzany oddech nocy na karku. Rano słońce zdjęło z miasta magiczną zasłonę – Statua Wolności, Sfinks, Wieża Eiffla, pomnik Oktawiana Augusta przed Caesar Palace, pozłacany lew, weneckie gondole sennie chyboczące się na wodach sztucznych kanałów, Empire State Building, sięgające chmur supernowoczesne hotele – wszystko wyglądało jak teatralna atrapa, kartonowa, bezduszna dekoracja filmowa. A przecież w jej pozornie nieżywych trzewiach nadal brzęczały tysiące maszyn do gry, chichotał jednoręki bandyta, chrapali przegrani i wygrani ostatniej nocy, zmęczone krupierki przebierały się we własne ciuchy, by w nadciągającym znad pustyni żarze czekać na autobus do podmiejskiego pueblo. Królestwo kiczu w pierwszych promieniach zabójczego o tej porze roku słońca, traci większość swojego uroku. Za to nocą… nocą wypełzają demony. Jest demon chciwości, demon nienasycenia, demon żądzy i uwielbienia – wszystkie razem tworzą niepowtarzalną mieszankę szaleństwa, blichtru i złudnego szczęścia. Piwo za dolara, koktajle bez dna (bottomless drinks) za dychę, all you can eat ribs $9.99, limuzyny, szpilki, conocne przedstawienie, pokazy, występy, rozpusta, hedonizm w czystej formie, możliwość zaspokojenia każdej czysto ludzkiej, zupełnie naturalnej żądzy. Las Vegas zostawiło we mnie gruby, lepki osad smutku. To, co na wierzchu kusi i błyszczy, od spodu podszyte jest najciemniejszą materią naszego, jakże niedoskonałego, człowieczeństwa.

Następnego dnia przed południem wyjeżdżamy w kierunku Wielkiego Kanionu. Jest prawie czterdzieści stopni w cieniu. Przy autostradzie, kilka kilometrów za plującym forsą Vegas, rozsiadły się wioski trailerów.  Widać można mieszkać w przyczepie campingowej w samym centrum piekła, w jałowym , drgającym od gorąca krajobrazie, gdzie roi się od skorpionów i węży. Z potęgą Wielkiego Kanionu przyszło nam się zmierzyć pod wieczór – zachodzące słońce, pustoszejące ścieżki, milknące głosy odjeżdżających turystów.  Przysiedliśmy na skale patrząc w coraz mniej wyraźnie, niknące w mroku, kontury. Cisza rosła nam w uszach. To tam przyszła mi do głowy myśl o przemijaniu – te skały, wyrzeźbione przez wodę na przestrzeni milionów lat, widziały setki ludzi, których już dawno nie ma. Ich nie ma, nas nie będzie, a skały zostaną. Może oskubie je trochę wiatr, może wypłucze woda, ale będą wprowadzać w niemy zachwyt kolejnych turystów do końca istnienia świata.Następnego dnia dopadła nad dzika wręcz tęsknota za kilkudniową wędrówką na samo dno, aż do brzegów rzeki Colorado. Zabrakło nam czasu, zniechęciło 115 st F. Okazało się też, że wyprawa w czeluście Wielkiego Kanionu wiąże się z noclegiem, a w jedynym istniejącym gdzieś między skałami lodge rezerwację zrobić trzeba z czternastomięsięcznym wyprzedzeniem. W Dolinie Bogów (Valley of Gods), kilka kilometrów za Mexican Hat, gdzie w przydrożnej restauracji podają świetne breakfast burrito, byliśmy zupełnie sami. Nie licząc skorpionów i grzechotników, którym w drogę staraliśmy się nie wchodzić. W Dolinie Śmierci kilunastominutowy spacer o piątej po południu (112F), 82m poniżej poziomu morza, wytrącił z nas spore ilości soli, a w Parku Bryce, spacerując Navajo Loop wśród ceglastoczerwonych skalnych ostańców, czuliśmy się jak w baśni i po raz kolejny zapragnęliśmy któregoś dnia powrócić. Tu też naszła mnie kolejna z filozoficznych myśli podróżnika – czy ludzie zasłużyli sobie na tak potężny ładunek piękna? I czy potrafią je w ogóle docenić?

Najbardziej magiczny moment zdarzył się nam jednak bladym świtem, gdy wjechaliśmy do Monument Valley. Pamiętam tamte niedziele, których świętością były emitowane przez Telewizję Polską westerny. Oglądaliśmy je zawsze z tatą, pełni bałwochwalczego wręcz podziwu dla bohaterskich kowbojów i dumnych Indian. Ci pierwsi byli dla nas uosobieniem męskości i odwagi – strzelali zawsze celnie, konno wyprzedzali pociągi, w ich oczach mieścił się cały bezkres prerii.  Ci drudzy budzili lęk przed oskalpowaniem i fascynację tym co inne i nieznane. W czasie gdy my zdobywaliśmy Dziki Zachód mama zazwyczaj gotowała obiad,  a przecież w domu bardziej pachniało dymem z ogniska, wiatrem, końmi i whiskey niż schabowym, pomidorową i szarzyzną komuny…

Zostawiając  za sobą tumany czerwonego kurzu na pustej drodze, przekroczyliśmy niewidzialną granicę wyobraźni i nagle znaleźliśmy się w zapamiętanej z dzieciństwa filmowej scenerii. Wszyscy tam byli. Siedmiu wspaniałych, Pat Garett i Billy Kid, Człowiek który widział kto zabił Liberty Valanca, Dobry, zły i brzydki, Człowiek zwany ciszą i Dzika Banda. Potem już było tylko lepiej. Bez przebaczenia. W samo południe utknęliśmy w wiązce światła w Kanionie Antylopy, co kosztowało nas $40 od łebka, bo dodatkowe piętnaście dolców Navajo doliczają do regularnej ceny  za kąt wpadania promieni słonecznych  o tej porze dnia. W Parku Zion brodząc po kolana w wodach rzeki Virgin szukaliśmy złota El Dorado, a potem wracaliśmy do samochodu ustępując miejsca na ścieżce jeleniom, które zupełnie nic nie robiły sobie z naszej obecności.

Dziś jestem pewna – nic nie daje mi większego poczucia wolności niż droga. Wskakuję do samochodu, odpalam silnik, włączam stację country, opuszczam szyby by poczuć gorący, pustynny wiatr. Śpiewa Willie Nelson i jest dokładnie tak, jak zawsze chciałam – horyzont nigdzie się nie kończy. Ameryka, a właściwie marzenie o Dzikim Zachodzie pokonało we mnie nieuzasadniony lęk przed prowadzeniem samochodu. To tu – na Południowym Zachodzie Stanów Zjednoczonych Ameryki Północnej, zwanym przez autochtonów Southwest – podoba mi się najbardziej. Bo można nie popierać amerykańskiej polityki, nie tolerować bylejakości i bojkotować filozofię McDonald’s, ale nie sposób nie zauważyć, że ten kraj ma absolutnie wszystko i że to „wszystko” jest obezwładniająco piękne.

304775_10151135717868909_1636311308_n 375915_10151135720408909_550667694_n

Leave a Reply

*