Pod wielkim dachem nieba – Peru – Boliwia – Chile


IMG_4342La Chacaltaya, boliwijski szczyt górujący nad stolicą kraju – La Paz, to jedno z niewielu na świecie miejsc, gdzie na wysokość 5,421 m n.p.m. dotrzeć można bez wielodniowej wędrówki, sherpów, namiotów, aklimatyzacji i tlenu. Truckiem nie dojedziesz, ale vanem z napędem na cztery koła już tak. Do niedawna znajdował się tu jedyny w Boliwii, położony najwyżej na świecie ośrodek narciarski, zamknięty ostatecznie w 2009 roku z powodu błyskawicznego topnienia lodowca. Została kręta, wyboista droga wiodąca pod samo niebo. To tu, na szczycie La Chacaltaya, w paśmie Cordilliera Real, z oszałamiającym widokiem na boliwijskie Andy, odbędzie się w maju pewna impreza.

 Boliwia ma w sobie coś, co powoduje, że właśnie do niej chcę wracać, kiedy dławi mnie miejski zgiełk i nieuzasadniony pęd współczesnego świata. Jej górska surowość, niekończące się przestrzenie Altiplano, największa na świecie solna pustynia Salar de Uyuni – miejsca, gdzie pozornie nie ma zupełnie nic, poza wyjącym wiatrem wznoszącym tumany kurzu – mają w sobie pewną pierwotność, prostotę, spokój i niezwykłą energię, która pozwala odnaleźć samego siebie, zrozumieć jak niewiele jest nam w rzeczywistości potrzebne do szczęścia. Przez solną pustynię i wysokogórski krajobraz pełen dziwnych formacji skalnych, dymiących wulkanów, buzujących gejzerów i niezwykłych, zabarwionych przez wytrącenia mineralne jezior, w których brodzą flamingi,  do miasteczka San Pedro de Atacama w Chile jedzie się trzy dni jeepami. Bagaże na dachu, w zespole kucharka, garnki, prowiant. Pierwszy lunch na trasie, w opuszczonym hotelu z soli będącym swoistym dziełem sztuki, położonym w sercu Salar de Uyuni, smakuje lepiej niż ten w wykwintnej francuskiej restauracji. Ze skalnej Wyspy Rybaków (Isla del Pesca), porośniętej kaktusami sięgającymi wysokości nawet i 10 metrów widać jedynie niekończące się połacie soli. Brak jakichkolwiek punktów orientacyjnych wyznaczających perspektywę powoduje, że świetnie wychodzą tu zdjęcia z pomniejszonymi ludźmi i przedmiotami. Nocą robi się zupełnie cicho i temperatura znacznie spada. Niebo, zazwyczaj bezchmurne, atakuje zmysły milionami gwiazd, a sen na palcach zakrada się do hotelu z kaktusów i soli, zbudowanym na skraju Salaru. Potem jest już tylko wyżej, bardziej surowo, pusto. Na tych wysokościach, powyżej czterech tysięcy metrów nad poziomem morza, rośnie już tylko yareta – wonny mech, którym pali się w piecyku w bazie naukowców – jedynym miejscu, gdzie można przenocować przed obraniem kierunku na chilijską granicę. Brak ciepłej wody rekompensują kąpiele w gorących wulkanicznych źródłach Polques,  mijanych następnego dnia na trasie, doborowe towarzystwo, w którym nagle przypomianają się wszystkie piosenki z harcerstwa i dzwoniąca w uszach cisza – tu naprawdę ma się świadomość bycia na końcu świata. Laguna Colorada, Laguna Verde i Laguna Blanca to wspomniane wielobrawne jeziora, z których dwa ostatnie położone są u stóp  potężnego wulkanu Llicancabur (4350m npm). To właśnie te trzy dni na boliwijskich bezdrożach dodają całej trasie smaku i kolorytu prawdziwej przygody.

Na La Chacaltaya, choć nie działa już wyciąg narciarski i schronisko zamknięte jest na cztery spusty, widoki pozostały te same – poszarpany łańcuch ościeżonych Andów, polodowcowe, szmaragdowe jeziorka, a przy dobrej widoczności, majaczące daleko na horyzoncie La Paz – najwyżej na świecie położona stolica. Tu oddech traci się nie tylko z zachwytu – każdy krok na tej wysokości wymaga większego wysiłku i energii, powietrze jest rozrzedzone, serce szybciej bije. Jednak, po kliku dniach przebywania po wysokości powyżej trzech tysięcy metrów, bo przecież zanim dotrzemy do Boliwii przejedziemy przez najpiękniejsze zakątki Peru, nie czuje się żadnego dyskomfortu i  nikomu nie grozi soroche – choroba wysokościowa. Ach – i wspomniana impreza! Podczas majowej trasy Peru – Boliwia – Chile, na La Chacaltaya, 14 maja,  wypadną okrągłe urodziny Pawła. Będzie wino, tlen i magiczne ciastka z Targu Czarownic z widokiem na bezkres. Wszyscy są zaproszeni.

Wcześniej jest oczywiście Peru. Jest wyprawa w amazońską puszczę w okolicach Iquitos, połowy piranii, nocne polowania na kajmany, lecznicze rośliny i zioła, wizyta w osadzie Trapiche, ukrytej w dżungli wytwórni mocnego napoju z trzciny cukrowej, w wiosce lokalnego plemienia Boras i siedlisku ludności Yagua, gdzie można będzie spróbować strzelania z dmuchawek indiańskich i handlu wymiennego z mieszkańcami. Jest, uwielbiane przez turystów z całego świata, postkolonialne Cusco – Pępek Świata – z Plaza de Armas, wspaniałą Katedrą z malarstwem szkoły kuskeńskiej i imponującymi murami twierdzy Sacsayhuaman, górującymi nad miastem. Są tajemnicze inkaskie miasta i świątynie z ogromnych skalnych megalitów, w których budowę przeprowadzoną wyłącznie za pomocą siły ludzkich rąk, naprawdę trudno uwierzyć. Jest oczywiście i Machu Picchu, jedne z najbardziej znanych ruin na świecie – miasto opuszczone z do dziś niewyjaśnionych powodów niecałe 100 lat po powstaniu. Zabraknąć nie może stolicy peruwiańskiego folkloru Puno nad jeziorem Titicaca, gdzie podczas wieczornych tańców i swawoli zjeść można pieczoną świnkę morską, a także pływających wysp indian Uros, gdzie z totory – miejscowej trzciny – buduje się domy, łodzie, wyspy same w sobie, wyplata sprzedawane turystom ozdoby, a także spożywa, że względu na dużą zawartość białka. Indianie Uros wypracowali też, chrakterystyczny tylko dla ich wyspiarskiej kultury, styl haftu, a na sąsiedniej, kamiennej wyspie Taquile przepiękne wełniane rękawiczki i czapki robią na drutach… wyłącznie mężczyźni.  Na lokalnych straganach, często porozkładanych nawet na punktach widokowych odsuniętych daleko do cywilizacji, łatwo stracić umiar – kusi niedrogie, piękne, kolorowe rękodzieło, swetry z wełny lam i alpak, tkaniny i srebrna biżuteria. To bez wątpienia jedna z tych wypraw, z których przywieźć można oryginalne pamiątki nieprodukowane masowo w Chinach. Jest jeszcze Arequipa – Białe Miasto zbudowane z silaru – białej skały, położone jest na brzegu Kordyliery Wulkanicznej, w pustynnym krajobrazie z górującym nad miastem perfekcyjnym stożekiem wulkanu El Misti. Tu znajduje się także Miasto w Mieście – konwent Św. Katarzyny, który dopiero stosunkowo niedawno otwarto „na świat” i udostępniono turystom. Jeśli Peru to obowiązkowo także Kanion Colca – odkryty przez Polaków, do niedawna uznawany za najgłębszy kanion świata, z szybującymi kondorami i zarośniętą kaktusami, skalistą, połamaną przestrzenią. I żeby było mało – tym razem połączyliśmy wszystko, co do tej pory było najlepszego w naszych peruwiańskich wyprawach, dodając część chilijską – Santiago de Chile, nadmorskie Valparaiso i Vina del Mar, a także chilijskie Andy i ostatni haust powietrza wciągnięty w płuca na kontynencie południowoamerykańskim w resorcie narciarskim Valle Nevado. No, to czas się pakować…

IMG_1274 IMG_1390 IMG_3747

Leave a Reply

*