Wodne drogi Krokodyla

PB260418Obok setek tysięcy mil dróg i autostrad specjalne miejsce zajmują drogi wodne. Samotność na oceanie można porównać do samotności w trasie. Fale potrafią być tak samo monotonne, jak bezkresne pustkowia interioru Kanady. Doświadczenie, umiejętność przewidywania i szybkiego reagowania w sytuacjach zagrożenia , koncentracja i wytrzymałość są tak samo ważne za kółkiem trucka, jak za sterem łajby.

20 listopada siedemnastoosobowa załoga, wyłoniona drogą rekrutacji z kilkudziesięciu chętnych, spotyka się w Nowym Jorku. O żeglowaniu wiedzą jeszcze niewiele. Chociaż przygotowania do rejsu rozpoczęli wczesną jesienią od spotkań orientacyjnych w marinie w Port Credit, choć znają podstawowe węzły, przeszli trening fizyczny i znają angielską terminologię żeglarską – nikt nie wie, co czeka ich na otwartym oceanie. Listopad uważany jest za miesiąc idealny dla żeglarskich wypraw na Karaiby. Podręcznikowy, przewidywalny. Na Fazisi, pod oficjalną opieką Polish Yacht Association of America, wyruszają w dwutygodniowy rejs przez Bermudy na St. Thomas, wyspę należącą do archipelagu Amerykańskich Wysp Dziewiczych. Wypływają w poniedziałek. Pierwsze fale, które wywołały lekkie przerażenie, pojawiają się w okolicach Breezy Point, gdzie rzeka Hudson wpada do Atlantyku. Słuchajcie, te fale, to tak jakby łabędź przepłynął, to jest nic – kapitan Michał Bogusławski uspokaja załogę, stawiają  mały, przedni żagiel, zapada noc.  Następnego dnia stawiają grota, uczą się jak na Fazisi pracują żagle, jak zgrabnie je zrzucić, jak szybko wciągnąć na maszt, do czego służą wszystkie szoty i foki. W Nowym Jorku, hulające w zatoce, zbyt silne wiatry, nie pozwoliły na odpowiedni trening, a Fazisi to wymagająca łajba – spinaker ma wielkość kortu tenisowego, a sam jacht mierzy 83 stopy długości . Niespodziewanie przychodzi niż. Trzyma trzy i pół dnia. Wiatr sięga czterdziestu pięciu węzłów (około 80 km/h). Natura wie swoje, tegoroczne anomalie pogodowe nijak się mają do podręczników żeglarstwa. Szkwały przetaczają się ołowianym, ciężkim od chmur, niebem, Fazisi musi iść pod wiatr, pod dużą, budującą się sukcesywnie falę, sięgającą nawet i dziesięciu metrów. Warunki są ciężkie – dla tych, którzy w morze wyszli pierwszy raz – świetna szkoła i sprawdzian charakterów. Jednym dokuczają problemy żołądkowe, inni tracą równowagę na chyboczącej się, skaczącej po grzywach fal, łodzi. Po dwóch dniach jednak chodzenie po pokładzie zaczyna wchodzić im w krew, dostają „morskich nóg” i od tej pory poruszają się z kocią gracją, błyskawicznie potrafią przypiąć się do jachtu, sprawnie wypoziomować koję przy przechyłach. Zanim uspokoi się ocean, muszą przejść przed Golfsztrom, płynący z południa ciepły prąd, zazwyczaj niosący obietnicę lekkiego dryfu i bogatych połowów ryb, ale przy północnych wiatrach, które uparcie towarzyszą załodze Fazisi – groźbę ogromnych fal.  Płyną więc wzdłuż kontynentu amerykańskiego, trzysta mil od brzegu, by przekroczyć Golfsztrom w możliwie najwęższym miejscu. Kiedy pogoda trochę się uspokaja wciągają na maszt spinakera, żagiel, który wymaga siły ramion dziesięciu żeglarzy. Bezpiecznie dopływają na Bermudy. Cali, zdrowi i szczęśliwi, chociaż niektórzy mieli wątpliwości, czy w tych szkwałach na pewno trafią. Goszczą wRoyal Bermuda Yacht Club, tańczą na stołach, piją rum i świętują. Prawdziwi żeglarze piją tylko na lądzie. Na morzu, podczas rejsu, kapitan Bogusławski pozwala wyłącznie na kieliszeczek rumu, tak przy niedzieli. Tradycja nakazuje też toast na kei przed wyjściem w morze oraz po zakotwiczeniu w porcie przeznaczenia. W pierwszej kolejności leje się dla Neptuna, za łódkę i za sprzyjające wiatry, potem dla załogi. Po dwóch dniach postoju na Bermudach Fazisi rusza w kierunku Amerykańskich Wysp Dziewiczych. Tu też wiatry nie rozpieszczają nikogo, załoga nadkłada ładnych paręset mil morskich, halsują – raz płyną na Maroko, raz na Cape Town, to znów z powrotem na Nowy Jork. Godziny się dłużą, dłużą się mile, kapitan obawia się, że zabraknie im jedzenia i propanu, wprowadza pewne ograniczenia – herbata,kawa i ciepłe posiłki  tylko rano i wieczorem, w ciągu dnia suchy prowiant. Mimo tego, załoga nadal je wyśmienicie – na amerykańskie dożynki (Thanksgiving) wsuwają indyka, jest pieczona baranina, gotowana kura, ryż, jogurt i musli na śniadanie, a największą furorę robią świeże, własnoręcznie złowione ryby, przede wszystkim tęczowe mahi-mahi, które ogłupia się (zbędnym na łajbie) alkoholem, by nie rzucały się po pokładzie. Urywa się z żyłki ogromny marlin, a może tuńczyk. W kuchni króluje Lucy i Kamyk. Lucy pływała już z Krokodylem, ma doświadczenie. Zaprowiantowała jacht w Nowym Jorku, wie jak rozdysponować pożywienie, żeby nikomu nie dokuczał głód i żeby nie zabrakło. Żartuje, że Kamyka, który jej pomaga, należałoby sklonować. Tworzą świetny zespół, w którym miejsce znajduje także Natalka. Jedna z czterech wacht gotuje cały dzień, trzy sterują po cztery godziny dziennie, każdy ma okazję zobaczyć wschód i zachód słońca, które na otwartym morzu są niezapomniane, wręcz magiczne. Przygód nie ma końca. Darek, który bardzo ambicjonalnie podchodzi do wędkarstwa, zgłasza się jako jedyny, na ochotnika, gdy trzeba wyleźć na kilkunastometrowy maszt i uporządkować splątane liny. Rysiek i Paweł dokumetują wszystkie chwile na filmach i zdjęciach, fotografią bardziej artystyczną zajmuje się Jasiek. Za aspekty medyczne i ewentualną (na szczęście niepotrzebną) pierwszą pomoc odpowiada Krystyna. Dwóch Adamów osiąga najlepsze rezultaty w sterowaniu przez piętrzące się fale. Andrzej z Nowego Jorku uczy resztę załogi węzłów. Grzesiek, bosman na Fazisi, jest odpowiedzialny za całą maszynerię, Krzysiek za elektronikę i komputery. Radek z uśmiechem pomaga przy żaglach, Bolek najchętniej stoi za sterem, a Leszek okazuje się być największym koneserem nocnego nieba. Kiedy lina grubości ludzkiego uda wkręca się w śrubę – Krokodyl nurkuje, żeby ją odciąć. Hymnem  rejsu zostaje znany szlagier „Miała matka syna”,  kapitan bowiem katuje nieszczęsną załogę składankami disco polo. Wkrótce wszystkim chodzą biodra w rytm „Jesteś szalona”. Klasyki nie działały, puściłem „Wish you where here” to siedzieli jacyś tacy smutni, zasępieni. A jak puściłem disco polo to mnie krytykowali, mówili że szmira, a najlepiej działało, zaraz się wesoło robiło – opowiada Krokodyl. W drodze na St. Thomas jest już znacznie łatwiej – zrzucają i wciągają żagle, znają wszystkie liny, łapią żeglarskiego bakcyla.  Luz blues. Początkowo każdy ma swój kubek, którego pilnuje jak oka w głowie, pod koniec nikt już nie pamięta, który był czyj.  Problematyczne jest korzystanie z łazienki – jak tu ściągnąć spodnie jedną ręką? (drugą musisz się trzymać, jacht chodzi nieustannie). W kuchni  tańczą garnki i talerze, gotowanie wymaga nie lada akrobatyki.

Kiedy dopłynęliśmy do celu załodze było żal, że nasz rejs się kończy. Zaczęło się dla nich inne życie. Zrozumieli, jak ogromny jest ten nasz ocean, jacy my jesteśmy malutcy w porównaniu do jego potęgi, do odległości, sił natury, przestrzeni, do tych fal. Pływałem dużo i nawet z mojego punktu widzenia te fale były naprawdę poważne. Przeważnie niże są krótkie, jednodniowe, dobowe, nam się budowały przez ponad trzy dni – wspomina przy kawie kpt. Bogusławki.  Fazisi stoi na kotwicy przy St. Thomas. Kapitan Bogusławski planuje kilka rejsów w akwenie Morza Karaibskiego oraz 10 lutego spotkanie w polskim konsulacie podsumowujące rejs. A przygoda dopiero się zaczyna. Dla tych, którzy wrócili i dla tych, którzy w przyszłości wypłynął w morze z Krokodylem.

 

zdjęcia: Jan Rachwał, Michał Bogusławski

IMG_1901 DSC_9817 DSC_9833

About the Author
Kaja Cyganik – urodzona w Krakowie chwilę przed wybuchem stanu wojennego dziennikarka, podróżniczka, bloggerka. Czasami poetka – wydała w Polsce trzy tomiki wierszy. Ukończyła dziennikarstwo i komunikację społeczną na UJ. Zamiast bronić magisterkę „Neron artysta czy władca?” na mediateranistyce, wyjechała szukać szczęścia do Dublina. Znalazła je trochę dalej, po drugiej stronie Atlantyku. Mieszka w Kanadzie. Pisze podróżnicze reportaże, felietony, blog i kartki pocztowe do znajomych. Śpiewa i pogrywa na gitarze. Fotografuje. Latem 2014 w Tarnowie odbyła się jej pierwsza wystawa fotograficzna „Dzieci Świata”. Zanim wyjechała w świat pracowała przez siedem lat w TVN w Krakowie, a przez dziesięć współpracowała nieregularnie z TVP Kraków. http://kajacyganik.wix.com/portfolio

Leave a Reply

*