„Kasa, kobiety i inne opowiadania” – najnowsza książka Marcina Baranieckiego.

OLYMPUS DIGITAL CAMERAJest jedynym pisarzem opisującym  w języku polskim truckerskie losy i przygody nieustannie towarzyszące zawodowym kierowcom. W przedmowie do swojej najnowszej książki “Kasa, kobiety i inne opowiadania” Marcin Baraniecki przyznaje: „Kierowcą ciężarówki chciałem być chyba od zawsze, a już na pewno od czasu, gdy jako dwunastoletni chłopak obejrzałem jakiś wojenny film, w którym amerykański żołnierz jechał wielkim Studebakerem po zbombardowanym, niemieckim autobahnie z ładunkiem szampana. Wojna się kończyła i ten G.I. zaopatrywał frontowe oddziały. Jechał z wielką brawurą, omijając leje po bombach. Od czasu do czasu przystawał, sięgał do ładunku, wyciągał butelkę, a potem odtłukiwał szyjkę o zderzak trucka i pił prosto z butelki. Byłem zafascynowany, i chyba nie tyle tym piciem z butelki, co umiejętnościami kierowcy, który dokonywał akrobatycznych sztuk w omijaniu wyrw w autostradzie. O tak – myślałem – teraz na pewno wiem kim będę, gdy dorosnę! Będę takim kierowcą i też tak będę jeździł! Jedno, co mi się tylko w tej filmowej scenie nie za bardzo podobało, to kruchość ładunku. Butelki? Co to, to nie! Wymyślałem więc sobie różne „niezniszczalne” ładunki i wreszcie znalazłem  korek! Korek jest lekki i trwały! A teraz trasa! Zacząłem szukać w ojcowskim atlasie i znalazłem! Z Lizbony do Władywostoku! Trasa długa do niemożliwości, a ładunek korka też pasował jak ulał, bo przecież drzewa korkowe rosną w Portugalii.”

Co skłoniło Marcina do pisania książek, skąd czerpie pomysły i czym jest dla niego trucking opowiedział Kai Cyganik.

Kaja Cyganik: Co Cię skłoniło do pisania?

Marcin Baraniecki: Nie było jednego konkretnego przypadku, zdarzenia, które spowodowało tą ochotę do pisania. Pisanie musiało być we mnie od początku, od zawsze. Jeszcze przed emigracją, w Polsce, pisałem, choć wtedy głównie dla siebie. Polskie sprawy zawsze miały dla mnie szczególne znaczenie, Polskę czuję w ścięgnach, w kościach, we krwi i zawsze nosiłem ją i stale noszę w moim sercu. Szczególnie bliskie były mi lata 70., stąd pierwsza książka, jaką napisałem, dotyczyła dekady gierkowskiej. To była rzecz właściwie autobiograficzna, stosunkowo łatwo mi się nad nią pracowało.

KC: Jak to się stało, że po Twoim przyjeździe do Kanady trucking i pisanie poszły w parze?

Marcin Baraniecki: W pierwszej połowie lat 90. Tadek Wielgolawski, trucker i dziennikarz  zaczął wydawać magazyn „W Drodze”. Dowiedziałem się o nim od jakiegoś  kierowcy. Zadzwoniłem do Tadka.  Przez niego poznałem redaktorów Romka i Marzenę Wiktorowiczów i tak się zaczęła wspólna praca.  Pierwszy tekst, który wtedy napisałem dotyczył moich marzeń, jako małego chłopca, o truckingu. Z biegiem czasu nasze drogi z magazynem  “W Drodze”  rozstały się i z Romkiem i Marzeną założyliśmy swój magazyn dla truckerów (Truck’n’Roll). Do tej pory ukazało się  ponad 60 numerów.   

KC: Skąd czerpiesz tematy i pomysły do swoich książek?

Marcin Baraniecki: Jestem jak chomik. Rozmawiam z truckerami, ich żonami, dyspozytorami, magazynierami, napotkanymi po drodze ludźmi i wszystkie te opowieści od nich zasłyszane gdzieś we mnie zostają. W pewnym momencie zrozumiałem, że nie mogę tych wszystkich historii zostawić tylko dla siebie. Truckerzy przepadają za gadaniem, każdy ma jakieś wspomnienia, przeżycia i przygody. Trucking to niezwykle atrakcyjna praca, codziennie dzieje się coś nowego, nie ma tu miejsca na monotonię, pojawiają się ciągle nowe problemy, trzeba szybko podejmować różne decyzje. Szkoda by było gdyby tony tych historii odeszły w niepamięć. Zacząłem je gromadzić i tak powstała moja druga książka – „Książęta Higwayu” – kompilacja truckerskich opowieści połączonych postacią głównego bohatera – mojego starego znajomego Antka Sobótki, z którym los stykał mnie w najmniej spodziewanych momentach. Wiele z tych przygód, o których piszę, przeżyłem sam. To bardzo dynamiczny, ciągle zmieniający się tryb życia, sam w sobie jest kopalnią pomysłów.  

KC: Co jest dla Ciebie najważniejsze w warsztacie pisarskim?

Marcin Baraniecki: Faktografia. Bardzo lubię wszystko ujmować w czasie i przestrzeni geograficznej. Nie przyjmuję założenia, że coś się działo „kiedyś”; u mnie działo się w konkretnym roku, w określonym miejscu. Mistrzem faktografii jest dla mnie Frederick Forsyth, autor „Dnia szakala”. Jakąkolwiek historię mam na warsztacie – personalną, zasłyszaną, ogólną – musi być wyraźnie osadzona w historyczno-polityczno-społecznych realiach. To moja pierwsza i podstawowa zasada.

KC: Wspomniałeś Forsyth’a. Kogo jeszcze najchętniej czyta Marcin Baraniecki?

Marcin Baraniecki: Jest mnóstwo autorów, do których często wracam. Bardzo lubię Hemingwaya – może dziś trochę anachroniczny, ale wciąż fantastyczny wzór, cenię Jacka Londona – tytana pracy. Imponuje mi pracowitość. Talent w pisaniu to jedno, moim zdaniem dużo ważniejsza jest konsekwencja, upór i pracowitość właśnie. Nie mam takiego komfortu, że mogę pisać zawsze wtedy gdy najdzie mnie ochota, bo pracuję   po dwanaście godzin dziennie, często nie ma mnie w domu, a w trucku nie pisze się za wygodnie. Mimo to, zdarza mi się pisać  na truck stopach, w zakładach mechanicznych czy czekając na załadunek. Gdy czuję bardzo wyraźnie głód pisania – wtedy piszę i wtedy osiągam najlepsze efekty.

KC: Piszesz o prawdziwych ludziach i zdarzeniach. Miałeś kiedyś z tego tytułu kiedyś jakieś nieprzyjemności?

Marcin Baraniecki: Zdarzyło się kilka telefonów od starych kumpli, szczególnie na początku, gdy książka„Książęta Highwayu” była drukowana w odcinkach w „Truck’n’Roll”.  Od tego czasu zacząłem  zmieniać imiona, nazwiska a nawet –  w wielu przypadkach – chronologię.

W moim pisaniu jednak fakty zawsze odzwierciedlają tę rzeczywistość, o której mi opowiedziano, chociaż  z oczywistych względów nie mogę ręczyć za stuprocentową ich prawdziwość.  Ostatecznie to jest literatura, a nie dokument.

KC: W najnowszym, świeżo wydanym, zbiorze opowiadań wracasz do historii z dzieciństwa. Czy są to także historie prawdziwe?

Marcin Baraniecki: Lwia część mojego pisania to chęć powrotu do spraw, które są mi miłe. Powrót do dzieciństwa wypływa z potrzeby zachowania  tamtej powojennej Galicji, Małopolski właściwie. Tam się urodziłem i wychowałem. Rzeszowszczyzna miała niezwykłą historię. Mam uczucie, że fizycznie dotykam XIX wieku. W naszym domu nie było przez lata żadnych zmian, szczęśliwie ominęły go wszelkie zawieruchy dziejowe, rewolucje, rokosze, bunty i wojny. Wszystko jakoś przeszło bokiem. Kiedy byłem mały wszystko było takie samo jak sto lat wcześniej, a cesarz Franciszek Józef był dla mnie kimś bardzo rzeczywistym. Chciałem zachować to spojrzenie młodego chłopca na czasy, które dla wielu ludzi będą dziś niezrozumiałe, bo tamte wydarzenia i klimat bezpowrotnie odpłynęły w przeszłość. Miałem też to szczęście, że mój ojciec miał fenomenalną pamięć historyczną i zawsze z niebywałą łatwością potrafił przywołać różne fakty. Często spotykam się z  pytaniem, czy to, co piszę jest prawdą. Odpowiadam, że prawdą jest dokument, a moje książki to literatura,niemniej – moje historie oparte są na prawdziwych wydarzeniach.  

Zapraszamy na spotkanie autorskie Marcina Baranieckiego oraz promocję najnowszej książki „Kasa, kobiety i inne opowiadania”. 29 kwietnia, 19:30, Konsulat RP w Toronto.

Marcin_promo_web

Leave a Reply

*