Nowa Fundlandia – nieodkryty ląd

Droga. To jedno słowo, które rozumiemy i kochamy wszyscy w ten sam niewytłumaczalny, bezwarunkowy sposób. Moża latać samolotami, można włóczyć się pociągami po Europie, można żeglować przez niekończący się przestwór oceanu, kiedy jednak zawoła nas Droga stajemy się wobec tego wołania bezsilni – pakujemy niezbędne rzeczy i ruszamy sprawdzić, co czeka za horyzontem.

 Spakowany sprzęt campingowy, namiot, śpiwory do -20C, bo noce jeszcze chłodne, choć jedynie w okolicach zera. Kuchnia polowa – kuchenka turystyczna i żywy ogień. Zabieramy zupy i gulasze w słoikach, marynowane jajka przepiórek i opieńki, jesienny ajwar, suszoną, peklowaną wołowinę. W planach mamy ryby i homary kupowane w maleńkich rybackich wioskach od brodatych rybaków i jak najmniej przydrożnego junk food. Zabieramy też nowoczesny system do filtrowania wody (life straw), pozwalający pić nawet z kałuży, dziesięciolitrowy kanister na benzynę, pełnowymiarowe koło zapasowe i trochę broni – maczetę, siekierę, noże i spray na misie. Nie wiemy co nas czeka, a historii przed wyjazdem nasłuchaliśmy się mnóstwo. Mamy też zarys planu i niedomknięte ramy czasowe, zakładamy, że Nowa Fundlandia i Labrador powinny nam się zmieścić w trzech tygodniach. W notatkach zapisałam: „Buy a map, talk to the locals, go with the flow”.  Jedziemy!

Do North Sydney, skąd odchodzi prom do Port aux Basques na Nowej Fundlandii, docieramy czwartego dnia pod wieczór. Po drodze zahaczamy o Quebec City, Zatokę Fundy, która notuje największe na świecie dobowe pływy, wyludnioną o tej porze roku Wyspę Księcia Edwarda i Cape Breaton ze słynnym Cabot Trail. Prom – potężny potwór, który pomieścić może 350 samochodów osobowych, bądź równowartość ich ciężaru, bo w rzeczywistości, przed sezonem, na Nową Fundlandię płynie więcej towaru załadowanego w trailery ciężarówek, niż turystów – dociera do portu przeznaczenia po siedmiu godzinach. Latem warto wziąć ten do Argentii, płynie dużo dłużej, ale pozwala dotrzeć w niedalekie okolice St.John’s i zaoszczędzić dwa dni jazdy przez całą centralną część wyspy.

St. John’s, stolica prowincji, to miasto niezwykle barwne, i to barwne dosłownie. Strome ulice, przypomniające nieco te w San Francisco, utkane są kolorowymi domkami, porównywanymi przez przewodniki do jelly beans. Podobno pstrokate kolory stały się tradycją, która sięga w zamierzchłe, biedne czasy, kiedy to rybacy używając farb do malowania kutrów do ostatniej kropli, resztki  wykorzystywali na fasadach swoich domów. Warto zajrzeć do Quidi Vidi Village, gdzie znajduje się znany w regionie browar, produkujący od ponad dwudziestu lat słynne piwo Iceberg, na bazie wody lodowcowej. Cape Spear z najdalej wysuniętym na zachód punktem Ameryki Północnej i Signal Hill ze świetnym muzeum geologicznym, to kolejne miejsca, które warto odwiedzić, a wieczór spędzić można na George Street, ulicy barów i pubów, racząc się rumem Screech.

W St. John’s zaczyna się East Coast Trail, trasa licząca 256 km, biegnąca linearnie, wzdłuż wybrzeża, na południe. Przejście całego szlaku to niewątpliwie duże wyzwanie, ale można wybrać kilka krótszych odcinków, takich, jak chociażby przepiękna trasa do ruin wioski La Manche. Dla miłośników hikingu Nowa Fundlandia ma do zaoferowania ogrom, przy tym trasy nie są trudne, za to prawdziwie widokowe. Tak jest na przykład z pięciokilometrową pętlą szlaku Skerwink, położonej niedaleko jednej z najładniejszych i najstarszych na kontynencie, nadmorskich wiosek – Trinity. Największą atrakcją wyspy jest jednak Gros Morne National Park. Drugi największy (po Tongat Mountains NP) we wschodniej części Kanady, wpisuje się na listę światowego dziedzictwa UNESCO swoimi 1,805 kilometrami kwadratowymi i geologiczną historią sięgającą 485,000,000 lat. Nazwę park wziął od najwyższego szczytu (806m n.p.m) (Gros Morne z francuskiego znaczy tyle co Wielki Posępny) łańcucha górskiego Long Range, zaliczanego do pasma Apallachów. Szlaki piesze cechują się niezwykłym zróżnicowaniem: nadmorskie klify, schowane w skałach plaże i urokliwe zatoki, gęste lasy, mokradła, krystalicznie czyste jeziora, rwące strumienie, pustynne, jałowe niziny i wciąż ośnieżone szczyty. Najbardziej spektakularne widoki otwierają się na szczycie Lookout Trail oraz na samym Gros Morne Peak (w maju i czerwcu zamkniętym dla wędrowców, ze względu na sezon lęgowy wielu gatunków zwierząt, w tym niedźwiedzi czarnych czyli baribali – Ursus americanus). Niezwykłe jest też jezioro – trzydziestokilometrowy West Brook Pond – otoczone fjordami (w rzeczywistości głęboka dolina polodowcowa) sięgającymi 650 m, przez które pływają niewielkie turystyczne stateczki.

Na amatorów wędkarstwa, koneserów homarów i pieczonych języków dorszy czekają dziesiątki maleńkich, uroczych, rybackich wiosek, gdzie morskie stwory kupić można prosto z łodzi. Funt świeżego homara kosztuje 7.75 CAD. Urzeka prostota, niespieszność i otwartość mieszkańców wyspy. Nie ma korków, nie ma wielkich galerii handlowych, niełatwo o Tim Hortons. Na stacjach benzynowych można kupić piwo i whiskey do porannej kawy, wciąż świetnie sprawdza się katalogowa wysyłka sklepów Sears. Na granatowych falach Atlantyku kołyszą się potężne lodowce. 90% lodowców, które w dużej mierze kończą swój żywot uwięzione w martwych, pozbawionych prądów zatokach, topniejąc przy brzegu, zaczęło swoją podróż ponad rok temu, opuszczając Grenlandię i łapiąc zimny prąd Labradoru. Woda, którą topniejące lody zasilają ocean, zamarzła ponad 15,000 lat temu i jest najczystszą wodą istniejącą na Ziemi. Choć dają wrażenie spokoju i ciszy, rybacy zostawiają im sporo wolnej przestrzeni – taki lodowiec potrafi niespodziewanie obrócić się o sto osiemdziesiąt stopni albo rozpęknąć się na kawałki, zalewając kuter lodowatą falą i zrzucając załogę w morską toń. Niszczą rybackie sieci i boje, co roku stanowią poważne zagrożenie dla rurociągów pompujących ropę naftową. Istnieje więc zawód poławiacza lodowców. Kiedy góra lodowa zbliża się w okolice, gdzie wydobywa się ropę – poławiacz podpływa do niej, łapie na lasso i odciąga na bezpieczną odległość. Są takie piękne. Łamią się z suchym, złowrogim trzaskiem. Lśnią arktycznymi odcieniami bieli, seledynowej zieleni i akwamaryny. Można je podziwiać na Cape Bonavista przy szklaneczne lodowcowego wina w Durell, podczas wycieczkowych rejsów oferowanych przez lokalnych operatorów w Twillingate, albo na północy w L’Anse aux Meadows – miejscu, gdzie ponad 1000 lat temu po raz pierwszy zawinęli Wikingowie.

Na Nowej Fundlandii nietrudno też o spotkanie z łosiem! Co ciekawe, 123 lata temu łosi nie było tu wcale. W 1904 przywieziono cztery osobniki (dwie pary czy trzy samice i jednego samca?), bo wprowadzenie nowego gatunku miało przyciągnąć myśliwych, nakarmić mieszkańców i ruszyć turystykę. Dziś łosi jest na Nowej Fundlandii około 120 tysięcy.Najwięcej było ich w Gros Morne. Na jednego prawie weszłam, kiedy wyszliśmy na pierwszy hike. Usłyszałam w krzakach cichy szelest, pomyślałam – pewnie zając jakiś albo większy ptak. Zrobiłam dwa kroki w tył, a tam, trzy metry ode mnie piękny, okazały łoś. Łoś ignorant zaaferowany młodymi pączkami krzewu. Zupełnie nie przeszkadza mu obecność ludzi. Tego samego dnia, kiedy wracalismy po całodniowej wędrówce, rozglądając się za dobrym miejscem na camping, na szosę wyszła klępa z małym łosiątkiem.  Samochody zatrzymały się w miejscu, wszyscy obserwowali, jak łosie próbują przejść na drugą stronę. Problem stanowiła barierka – matka przeskoczyła bez wysiłku, ale małe było jeszcze nieporadne, nóżki miało za krótkie i stało zdezorientowane przed przeszkodą. Napięcie rosło, wszyscy kibicowali małemu, który w końcu rozkminił sytuację i przeszedł pod barierką. Chwilę potem razem zniknęli w zagajniku.

Lato w pełni, jeśli więc wciąż nie macie pomysłu, gdzie zabrać rodzinę na wakacje – ruszajcie na Nową Fundlandię. Może i daleko, ale przecież dla Was truckerów odległości to codzienność. Naprawdę warto!

Kaja Cyganik

About the Author
Kaja Cyganik – urodzona w Krakowie chwilę przed wybuchem stanu wojennego dziennikarka, podróżniczka, bloggerka. Czasami poetka – wydała w Polsce trzy tomiki wierszy. Ukończyła dziennikarstwo i komunikację społeczną na UJ. Zamiast bronić magisterkę „Neron artysta czy władca?” na mediateranistyce, wyjechała szukać szczęścia do Dublina. Znalazła je trochę dalej, po drugiej stronie Atlantyku. Mieszka w Kanadzie. Pisze podróżnicze reportaże, felietony, blog i kartki pocztowe do znajomych. Śpiewa i pogrywa na gitarze. Fotografuje. Latem 2014 w Tarnowie odbyła się jej pierwsza wystawa fotograficzna „Dzieci Świata”. Zanim wyjechała w świat pracowała przez siedem lat w TVN w Krakowie, a przez dziesięć współpracowała nieregularnie z TVP Kraków. http://kajacyganik.wix.com/portfolio

Leave a Reply

*