Bulldog – to upór i odwaga

106023512oWydana przez Warszawską Firmę Wydawniczą  powieść  Marcin Baranieckiego pod tytułem “Bulldog” jest doskonałą lekturą dla tych, którzy pamiętają polskie lata siedemdziesiąte, ale nie tylko! To również wspomnienie o pokoleniu, które w tamtych latach startowało w życie zawodowe, zakładało rodziny i próbowało znaleźć swoje miejsce w Polsce. W Polsce za “żelazną kurtyną”.

Bohater powieści Jerzy Horski jest w pierwszych latach siedemdziesiątych absolwentem SGPiS-u – ważnej i znanej w Europie polskiej uczelni ekonomicznej, żyjącej jeszcze wówczas tradycją przedwojennej SGH, a potem, po 1989, wracającej w  odnowionej nazwie i  poczuciu dumy do swoich początków z lat pierwszego dziesięciolecia odzyskanej niepodległości.

Młody Jerzy jest nie tylko absolwentem Wydziału Handlu Zagranicznego SGPiS-u – jest absolwentem wybitnym i zdolnym, znającym języki, cieszącym się doskonałym zapleczem rodzinnym i bardzo od tego zaplecza zależnym.

Z perpektywy swych ówczesnych prac, a także służbowych wyjazdów biznesowych Jerzy patrzy na nagle przyśpieszony bieg  polskiej  historii szóstej i siódmej dekady ubiegłego wieku.

Powoli gasną imperialne energie potęgi ZSRR, budowanej wysiłkiem całego społeczeństwa sowieckiego, a także okrutną determinacją i bezsensownym terrorem władzy stalinowskiej.  Rzekomo monolityczny kolos, który był głównym zwycięzcą drugiej wojny światowej, zaczyna trzeszczeć w posadach. W krajach satelickich tego kolosa, zwłaszcza po wiośnie praskiej 1968 roku, narasta przekonanie, że nie jest on już  takim na jaki wygląda, zaś sprawdzian ekonomiczny systemu, w którym zaczyna brakować dosłownie wszystkiego  robi swoje. Odczuwa się coraz silniej, że sama władza komunistyczna nie ma niczego czym mogłaby udowodnić swoją ideologiczną pewność siebie. Traci przekonanie, że latami można trzymać wszystko za “twarz” i straszliwą przemocą  zmuszać własne społeczeństwo do nazywania “czarnego białym” a “białego czarnym”.

Młodzi, zdolni, mający kontakty zagraniczne absolwenci uczelni ekonimicznej czują doskonale duchowy i świadomościowy  zmierzch powojennego kolosa, który zrodzony z rewolucji 1917 roku przeżywa swój militarny triumf w roku 1945, odbierając milionom swych obywateli przez całe dziesięciolecia nadzieję na jakąkolwiek wolność, na jakąś minimalną przestrzeń racjonalności.

Wtedy to Horski ma swój życiowy i polityczno-ekonomiczny debiut.

A ma co kwiestionować. Jeszcze do czasu wydarzeń w Radomiu i Ursusie wierzy w nowatorską myśl Edwarda Gierka. Ale gierkowskie metody walki z niezadowoleniem robotników  pozwalają młodemu absolwentowi SGPiS-u spojrzeć w oczy kryzysowi ekonomicznemu komunistycznej potęgi i zmierzyć się z całą widoczną jak na dłoni niewydolnością systemu.

Ale to nie refleksja nad tym systemem, nie odrzucenie dramatyzmu lat owej epoki jest tematem szumiącej młodości bohaterów książki. Młodzi ufają i wierzą, bo są młodymi /książka “Piękni dwudziestoletni” Marka Hłaski osiąga wówczas niebywałą poczytność/.

Są młodymi, a więc bawią się i wierzą w to co jest w nich lub obok nich, a więc siłę swoich uczuć, potęgę namiętności i tajemnicę  spotkań z równieśnikami płci przeciwnej.

A zarem Jurek Horski spotyka się z dziewczynami, bawi się  i pracuje. Na zapleczu mądry, tolerancyjny ale też majętny dziadek, chętnie słuchający opowieści i pytań swego wnuka.

Wpierw jednak są marzenia, fascynacje, niebezpieczne gry z esbekami lub tylko pomocnikami owych “służb”, które wszystko wtedy mogły i które doskonale wiedziały, że “służąc” de facto panują.

Horski jakoś to intuicyjnie, a może i namacalnie, zaczyna pojmować lub też uważa to za oczywistość, której trzeba się – umiejętnie – poddać.

Idylle z łatwymi pieniędzmi w kieszeni szybko zaczynają się splatać z wydarzeniami bolesnymi, niekiedy dramatycznymi.

Najpierw utrata pracy w CHZ Medex. Po wiecu na Stadionie Dziesięciolecia przeciw robotnkom z Radomia i Ursusa Jurek odkrywa, że wbrew temu, co dotychczas sądził, Gierek jest z tej samej  komunistycznej  gliny co Bierut, Gomułka, Moczar i inni.

Mądry, “oblatany w świecie” Horski odkrywa tę banalną prawdę, wpada w szał irytacji co doprowadza  do wyrzucenia go z pracy.

Wydarzenia Czerwca 1976 poprzedza incydent na delegacji w Rostocku, gdzie spotyka nagle swoją dawną koleżankę i przyjaciółkę żony – Kulkę. Idą do łóżka. Najpierw  euforia i blask wszystkiego co tylko może dać świat i życie a potem już tylko wyrzuty sumienia u boku kochanej żony, a wreszcie jeszcze jedno spotkanie z Kulką, podczas którego słyszy, że dziewczyna jest w ciąży.

Warszawska  kawiarnia “Gwiazdeczka” na Piwnej, cichy dżwięk sygnaturki z kościoła Jezuitów i to wyznanie: “Jurek, to twoje dziecko”…

W tym rozdziale Marcin Baraniecki pokazuje swój “pisarski pazur”. Wydarzenie przeraźliwie trudne i ciężkie oplata ciepłem lipcowego dnia w środku zacienionego, kawiarnianego patio, dnia nasyconego dźwiękiem dzwonów z pobliskich, sąsiadujących ze sobą kościołów na warszawskiej Starówce.

Starówka warszawska… Dla jednych – już bardzo starych – plac powstańczych zmagań, dla innych miejsce powojennego entuzjazmu przy jej odbudowie, a jeszcze dla innych wspomnienie  młodzieńczych spotkań.

A potem nadchodzą inne dni. Pod każdym względem inne. Druga połowa lat siedemdziesiątych to nagła koniunktura na wszelkie towary. Wielu przedsiębiorczych, młodych ludzi rzuca państwowe posady i otwierają zakłady i warsztaty, w których produkują tanio i masowo. Popyt jest na wszystko.

Jerzy Horski rozkręca własną produkcję płyt zelówkowych. Produkcja nie tylko opłaca się, ale nawet prowadzi do jakiegoś bogactwa i do rozrzutnej, niekiedy aż rozpasanej  konsumpcji. Jurek na własnej skórze dość szybko doświadcza kruchości tego dobrobytu.

Lata siedemdziesiąte, druga ich połowa – gdzieś w głębi, dalej od życia, trosk i osobistych przyjemności osobistych, słychać w ówczesnej atmosferze duchowej głos powszechnego odrzucenia struktur politycznych Kraju.

W październiku 1978 mało miejsce wydarzenie, które nie mogło być dla żadnego Polaka wydarzeniem “tylko z oddali”. Myślę oczywiście o wyborze Karola Wojtyły na Papieża. Trudno było przewidzieć  jaki może być ten pontyfikat. Jedno było pewne – na piedestale uznanego autorytetu świata stanął Polak – bardzo wiarygodny świadek, a także ofiara systemu komunistycznego.

Bohaterowie “Bulldoga” nie zastanawiają się nad tym wszystkim; są zbyt pochłonięci sprawami własnych karier w zmieniającej się sytuacji.

Jurek Horski rozkręca swój wysoce lukratywny interes. Przygląda mu się bliżej bezpieka by go weszcie przyłapać i uwięzić. Ważne to dla niego doświadczenia pokazujące, że życie to nie tylko szumiąca młodość, uśmiech dziewczyny i gwar roztańczonego towarzystwa.

Zwolniony chwilowo z więzienia Jurek przekracza nielegalnie polską granicę na promie Świnoujście-Ystad, schowany w ładowni ciężarówki. Szwecja, zaraz później Anglia, wuj w Anglii, który doradza a także finansuje wyjazd naszego bohatera do Kanady, gdzie jest jeszcze tyle możliwości, miejsca społecznego i geograficznego oraz wspaniałej przyrody.

Jurek zostaje kierowcą ciężarówek /tirów/ dostarczając je od dealera do odbiorców odległych niekiedy o wiele setek kilometrów. Praca dla magistra po SGPiS mało intelektualna, po prostu fizyczna, ale otwierająca bezkresne przestrzenie tego wielkiego Kraju. Refleksje nad pięknem krajobrazów i nad własnym życiem wypełniają długie godziny w trasie. Jurek widzi coraz wyraźniej, że musi wiele zmienić żeby to życie nie rozpłynęło się w samych doznaniach, ale by mogło się stać twórczym, a także służebnym, nastawionym na dawanie, na otaczanie opieką, na budowanie wspólnoty, na udzielanie siebie samego przede wszystki osobom najbliższym, z którymi łączy nie tylko wspólny dach lub miłe wspomnienia, ale przede wszystkim wielki, codziennie wspominany dług wdzięczności.

Bohater “Bulldoga” w Kanadzie – podobnie jak wcześniej w Polsce – idzie od sukcesu do sukcesu. Dobrze zarabia, ma nadzieję obdarzenia kiedyś tym kanadyjskim szczęściem najbliższych, którzy pozostali jeszcze w Kraju.

Wszystko układa się dobrze, ale nagle zawodzi zdrowie – atak rzadkiej choroby Lou Gheriga. Choroba śmiertelna i za poradą rodziny kanadyjskiej zmuszająca do powrotu do Polski, by tu “umrzeć wśród swoich”.

Jurek wraca niemal równocześnie z ogłoszeniem stanu wojennego, by w kilka tygodni później umrzeć. Wuj w Kanadzie pilnuje wypłaty rodzinie Jurka jego ubezpieczenia na życie.

Sens tej opowieści jest jasny, niemal dydaktycznie klarowny, ale trzeba autorowi przyznać, że potrafił go przekazać w fabule żywo opowiedzianej, bogato ilustrowanej warszawskim pejzażem przedostatniego dziesięciolecia PRL-u, to znaczy pejzażem widzianym oczyma młodego człowieka wyposażonego w zdolności i umiejętności bystrego postrzegania sytuacji i ludzi – człowieka chyba szczęśliwego.

Czuję w tej książce wątek autobiograficzny autora. Myślę, że nie jest on żadnym minusem czy obciążeniem. Przeciwnie, nadaje opowiadaniu coś bardzo autentycznego. A zresztą, czy nie każda powieść niesie ze sobą nurt autobiograficzny? Nawet wielkie powieści Sienkiewicza czy Żeromskiego nie są od niego wolne. Wiem – to stwierdzenie wymaga przeprowadzenia dowodu, ale niech mi będzie wolno nie podejmować rozważań krytyczno-literackich, ale poprzestać na wyrażeniu autorowi mojego wdzięcznego uznania i życzenia dalszej twórczości wypełniającej każdy dzień już przecież niemłodego życia.

Adam Paygert

Leave a Reply

*