WANKEL I DIESEL

Mam kolegę, który nie ma słuchu i naprawdę nie umie śpiewać, ale mimo to chodzi na wszystkie koncerty, musicale i opery i cały czas podśpiewuje. Śpiewa sobie różne arie operowe.

Zawsze zastanawiałem się skąd to się bierze,  bo przecież jak ktoś nie ma zdolności matematycznych to nie zabiera się za udowadnianie jakichś skomplikowanych twierdzeń.

A jednak! Tak to w życiu bywa, że ciągnie nas to czego nie znamy i co wydaje się nam niedostępne. Zaklinamy rzeczywistość.

Podobnie jest ze mną. Nigdy nie miałem i do dziś nie mam żadnych zdolności technicznych. Wiele razy przekonałem się o tym. Niemniej mechanika ciągnęła mnie od zawsze. Moim marzeniem a nawet pewną obsesją stał się projekt odrestaurowania starego trucka. Chodziłem jak  w transie. Wreszcie kupiłem starego Ramchargera, książkę obsługi, różne pomoce i instrukcje i zacząłem się uczyć i dokształcać. Muszę przyznać – o czym pisałem już zresztą nie raz – że projekt wyszedł całkiem niczego sobie, a dodatkowo otworzył mi oczy na różnorodność zagadnień motoryzacyjnych. Poznałem dzięki niemu wielu ciekawych ludzi, zapaleńców, domorosłych geniuszy, którzy w małych garażach potrafili dokonywać technicznych cudów. Szczerze ich podziwiałem.

Większość z nich wiedziała, że pracuję w transporcie i jeżdżę Mackiem. Roztrząsali więc ze mną mechaniczne problemy trucków, jak co naprawić, co robić w takiej sytuacji, a co w innej, co kupować, jak specyfikować nowego trucka itd.

W czasie jednej z takich rozmów  ktoś zaczął mówić o silniku Wankla. Chodziło o jego stare NSU Spider z 1966 roku z takim właśnie silnikiem. Piękny, dwudrzwiowy kabriolet z czterobiegową skrzynią. To było jedyne wówczas auto, w którym używano Wankla. Koledzy roztrząsali się nad tym pionierskim silnikiem, jego zaletami i wadami. Z cała pewnością silnik był mały, lekki, prosty i wydawało się – bardzo efektywny. Pomimo tych i innych zalet, wady przeważyły i Wankel nie znajdował chętnych. Tylko garstka firm zajęła się nim na krótki czas.Audi, Citroen, Mercedes, Chevrolet… Najdłużej walczyła Mazda używając Wankla do całego szeregu swoich modeli, ale i ona poddała się trudnościom technicznym.

W międzyczasie walczono o przetrwanie. Pomimo wielu minusów Wankel był interesującym produktem. W połowie lat 60-tych sprawa nabrała przyśpieszenia, bo Armia Zjednoczonego Królestwa zaczęła się rozglądać za małym, wysokoprężnym silnikiem.

Właściciel NSU opowiadał  to wszystko z pasją i “ogniem w oku”.

To mogłaby być prawdziwa rewolucja – mówił. Nie tylko dla wojska – co tam wojsko! Dla transportu! Dla twojego Macka także – dodawał z poważną miną.

Przecież wszystkim truckerom chodzi o obniżenie wagi – prawda?

Przecież gdy truck lżejszy to można wziąć większy ładunek  a co za tym idzie – większe pieniądze – nieprawdaż?

Koledzy zarzucili mnie pytaniami, ale na wszystkie mieli gotowe odpowiedzi. Wankel-diesel wydawał się fantastycznym rozwiazaniem.

Najbliżej wygranej – mówił dalej kolega od NSU –  okazał się koncern Rolls-Royce, który skonstruował silnik o wadze 929 funtów, o mocy 350 KM czyli około 257 kW przy 4,5 tysiącach obrotów z 396 cali pojemności. Był cztery razy mniejszy od podobnego silnika dieslowskiego. Rolls-Royce był przygotowany do produkcji jednostek o mocy do tysiąca KM!

Nie wdając się w szczegółowy opis techniczny taki silnik mógłby być krokiem milowym na drodze technicznych zmian w truckach.

Wszystko to dziś sprawy dawne, przebrzmiałe. Wankel-diesel nie doczekał się nagród i medali. Co się z nim stało – nikt z moich kolegów – nawet właściciel NSU – nie wiedział. Tak to jest, że wiele innowacji, nowych rozwiązań gubi się gdzieś na deskach konstruktorów, albo w szafach tych, którzy mieli inne interesy i postanawiali ulokować swoje pieniądze gdzie indziej. Mniejsza z tym.

Przypomniałem tę historię dlatego, ponieważ całkiem niedawno oglądałem nowe trucki. 2018. Freightliner, Kenworth, Peterbilt. Kolega szukał czegoś nowego. Na parę lat przed emeryturą postanowił  “pójść na całość” i kupić coś naprawdę “dobrego”! Ta dobroć przejawiała się głównie w cenie, ale muszę przyznać, że trucki były wspaniałe, z milionem “gwizdków i dzwonków”, chromem, skórą ,stalą itd. itp. Nie mogłem się nadziwić ilości zmian, które nastąpiły w produkcji ciągników siodłowych. Już nie mówię o czasach Bedfordów i GMC z lat czterdziestych, które miały brezentowe daszki nad kabiną, deszcz chlupotał po desce rozdzielczej,  a w zimie kierowca literalnie zamarzał na śmierć bo ogrzewania  po prostu nie było! Już nie mówię o czasach z przed trzydziestu, czterdziestu lat, ale te nowe, przyszłoroczne wozy wyglądały inaczej niż te z początku XXI wieku! To był zupełnie inny gatunek! Jakby Coś z innej planety!

Postęp techniczny jest fascynujący! Jedne rozwiązania znajdują sobie drogę do powszechnej produkcji, inne giną a jeszcze inne mimo, że dobre nie są wprowadzane…

Tak było i z R-R Wanklem dieslem. Stara historia, która jeszcze bardziej przyciągnęła mnie do mechaniki, chociaż akurat do niej – jak już powiedziałem – nigdy nie miałem większych zdolności.

Zresztą tak jak i do śpiewania.

Leave a Reply

*